O autorze

MACIEJ ZEMBATY

maciek.jpg- satyryk, pieśniarz, znawca, wielbiciel i propagator twórczości Leonarda Cohena, którego piosenki tłu­maczy na język polski od lat i sam je wykonuje. Urodził się w Wa­dowicach, studiował w PWST, ASP, łódzkiej „filmówce", ostatecz­nie ukończył polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Jest au­torem wielu piosenek (m.in. „Ostatniej posługi" do „Marsza Żałob­nego" Chopina), współtworzył kabarety (np. Dreszczowisko, za­słynął psychodelicznym magazynem „Zgryz" w radiowej Trójce, a także jako współtwórca (wraz z nieżyjącym już Jackiem Janczar­skim) i jeden z wykonawców słuchowiska „Rodzina Poszepszyń­sk!ch". Niedawna ukazał się trzypłytowy album z jego interpreta­cjami piosenek Cohena.

M_ZembatyWPROST_small.jpg
Bronisław Wildstein
"WPROST" numer: 51/1998 (838)

Powrót Macieja Zembatego

Na rynku ukazały się właśnie trzy płyty Macieja Zembatego, twórcy kabaretowego, piosenkarza, klasyka współczesnego czarnego humoru w Polsce. To kolejny sygnał, że życie w III Rzeczypospolitej stabilizuje się, nadchodzi bowiem czas wspomnień nieodległych czasów ją poprzedzających. Płytę ze swoimi starymi utworami wydał milczący od trzynastu lat Jan Krzysztof Kelus, prekursor nieocenzurowanej piosenki polskiej i jej niezależnego obiegu. Salon Niezależnych, najważniejszy i najodważniejszy kabaret polityczny pierwszej połowy lat 70., po 22 latach znów zorganizował spektakl i nagrał albumy.

Kiedy w 1965 r. na scenę opolskiego amfiteatru Jacek Fedorowicz niemal wypchnął drągala o ponuro - śmiesznej twarzy Bustera Keatona i gdy ten wykonał swoją piosenkę "Uszy" z refrenem powtarzanym wkrótce w całym kraju: "A uszy miał ogromne, muskularne, uszami mógłby, gdyby chciał…", stało się jasne, że w Polsce narodziło się nowe zjawisko estradowe. Piosenka o właścicielu owych uszu, który "zawsze chciał troszeczkę za mało" i w przyczepie "wiódł żywot surowy i twardy", stała się przebojem. Okazało się, że Maciej Zembaty potrafi oswoić przaśne czasy PRL za pomocą surrealistycznego czarnego humoru.
Jeden z trzech ostatnio wydanych albumów Zembatego to nagrany w jego własnym mieszkaniu w 1988 r. koncert utworów Cohena. Na płycie "Ostatnia posługa", opatrzonej pod tytułem "Czarne przeboje 65 - 88", znajdują się niektóre liryczne teksty Zembatego, a na albumie "Zembaty STGS" - jego najnowsze utwory. STGS jest nowym zespołem tego twórcy, być może najciekawiej brzmiącym spośród wszystkich, z którymi dotychczas występował.
Czarny humor to żarty ze spraw najpoważniejszych i ostatecznych, muszą być w nim, zatem elementy obrazoburcze. Piosenka "W prosektorium" - brawurowo wykonywana przez Elżbietę Jodłowską (wprawdzie wszystkie swoje utwory Zembaty wykonywał osobiście, ale często próbowali je śpiewać również inni artyści) - mówi o tym, że "najweselej jest nad ranem", gdyż niepełne światło ukrywa rozmaite defekty urody nieboszczyków. Jeszcze dalej posuwa się Zembaty w "Ostatniej posłudze". W utworze tym nieboszczyk, wygodnie ułożony w trumience, do wtóru marsza żałobnego Chopina niecnie cieszy się z wysiłków "ubogich krewnych" niosących przez błoto jego opakowane w drewno zwłoki i z cierpień żony, która "pewnie się przeziębi".
W "Balladzie o Imogenie" monstrualna bohaterka wysyła w paczce swemu zdradzieckiemu kochankowi, niepamiętającemu o jej imieninach, swoją własnoręcznie obciętą głowę. "Leci ptaszek, leci,/ skrzydła ma z ołowiu,/ w prawej ręce trzyma/ nożyce do drobiu./ Dołem płynie rzeka,/ w rzece zakonnica,/ w różowych nylonach,/ jak każe obyczaj" - głosi "Bajka dla Rafałka", która jest kołysanką w rytmie reggae.
W latach 70. Zembaty popularność zdobył również dzięki "Rodzinie Poszepszyńskich", odcinkowemu słuchowisku nadawanemu w jego autorskim magazynie "Zgryz" dla Programu III RP. Koszmarna rodzina może dziś przypominać telewizyjnych Adamów, była jednak tworem oryginalnym i parodystyczną odpowiedzią na niekończące się seriale radiowe w rodzaju "Rodziny Matysiaków".
Mimo, że polityka nie była głównym obszarem zainteresowań Zembatego, ma on na swym koncie "Sejm kalek", piosenkę napisaną wspólnie z Jackiem Kleyffem z Salonu Niezależnych. W jej refrenie słyszymy: "Stuk puk laską w podłogę/ Sejm, Sejm wyraża zgodę/ Stuk, puk laską o blat/ Sejm mówi - tak!". W 1981 r. Zembaty był współorganizatorem Przeglądu Piosenki Prawdziwej. Z pewnością przyczyniło się to do internowania go po ogłoszeniu stanu wojennego. Wówczas artysta napisał jedną z najsłynniejszych piosenek tego okresu - "Hymn internowanych ekstremistów". Utwór - jak się okazało - był w dużej mierze proroczy, niestety nie do końca, i dziś tylko z nostalgią słuchać możemy jego finału: "Wtedy wszystkich czerwonych hen za Ural się zgoni i gdy Polska tu zrodzi się nowa,/ Chińczyk gorszy od Berii każe im na Syberii aż do śmierci komunę budować".
Z biegiem lat okazywało się, że właściwym żywiołem Zembatego oprócz czarnego humoru jest liryka. W połowie lat 70. rozpoczął on karierę tłumacza, adaptatora i wykonawcy ściszonych, filozoficznych ballad Leonarda Cohena. Wcielenie to odsłoniło równie prawdziwą, choć zupełnie inną twarz autora "Ostatniej posługi". Z czasem - dochowując wierności Cohenowi - Zembaty sam próbował lirycznej twórczości. Efektem tej decyzji są przejmujące utwory "Miłości, nie zostawiaj mnie", "Nebraska" czy "Kokainistka".


Słówko na temat Bronka Wildsteina

W 1997 wokół Maćka, który przeżywał wtedy rozpad swego małżeństwa i zamieszkał w biurze firmy ZGRYZ - Studio Test, skupiła się grupa porąbanych muzyków po przejściach. Niektórych z nich poznałem osobiście - Ela Dębska, Tadek Klimonda i Sebi Wojnowski zapadli mi najbardziej w pamięć, bo gitarzysta Paweł Kolenda jakby nie do końca odnalazł się w tej grupie, rozdarty pomiędzy muzykę a bankowość.

Na jakiejś imprezie aktor Krzysztof Majchrzak opowiedział dowcip o Kubusiu Puchatku i Prosiaczku:

Puchatek i Prosiaczek podczas spaceru po lesie znajdują leżącą na drodze beczkę z miodem. Kubuś rzuca się na beczkę, chcąc dobrać się do ulubionego przysmaku, ale Prosiaczek powstrzymuje go:

- Misiu, jak możesz? Tysiące dzieci na całym świecie wychowuje się na książkach o nas, a ty zabierasz się do jedzenia w ten sposób? Nie mogę na to pozwolić. Miód je się łyżeczką. Mam w domu łyżeczkę i zaraz ją przyniosę, o ile przysięgniesz na głowę naszego przyjaciela, Krzysia, że będziesz tu czekał i do tej beczki nawet się nie zbliżysz.

Puchatek podniósł łapkę i złożył przysięgę. Prosiaczek pobiegł do domu, gdzie z pewnym trudem odnalazł łyżeczkę. Niestety była brudna i zanim doprowadził ja do stanu używalności minęło sporo czasu. Gdy wreszcie z łyżeczką w łapce zdyszany prosiaczek powrócił na miejsce, gdzie wszystko się zaczęło, zadrżał widząc następujący obraz - pomiędzy połamanymi resztkami beczki leżał na plecach miś ucinając sobie drzemkę po zjedzeniu 20 kg miodu.

- Jak mogłeś? - histeryzował Prosiaczek, kopiąc Puchatka w napięty jak bęben brzuszek. Złamałeś przysięgę. Przecież mi obiecałeś. Co pomyślą sobie dzieci?

Puchatek otworzył leniwie jedno oko i warknął:

- Spierdalaj ty głupia świnio, bo cię obrzygam.

Kiedy Krzysztof skończył, dla Maćka i reszty grupy stało się jasne, że ich formacja może nazywać się tylko w jeden sposób - STGS. To akronim od pierwszych słów pointy dowcipu. Ktoś mógłby się przyczepić, że powinno być STGŚ, ale w dobie komputerów można chyba przejść do porządku nad tym biednym ogonkiem.

Po wielu przygodach, pół roku później, STGS nagrał swoją pierwszą i, póki co, ostatnia płytę. Nazywała się Maciej Zembaty - STGS. Moim zdaniem była całkiem niezła, niestety ukazała się o co najmniej osiem lat za wcześnie, a los prekursorów jest zawsze nie do pozazdroszczenia. Media milczały jak zaklęte. Nie ukazała się ani jedna recenzja, a żadna stacja radiowa, czy tym bardziej telewizyjna, nie nadała choćby jednej piosenki, choć przecież krążek zawierał ostatnie covery Cohena. W rezultacie kapela rozleciała się jak przysłowiowy domek z kart, którymi nikt nie chciał zagrać w żadną grę.

Jak słyszałem na tzw. rynku muzycznym mówi się o możliwej reaktywacji zespołu. Przyjaźnie się z Maćkiem, ale na razie mogę na ten temat powiedzieć tylko tyle, że to prawda.
Wracając do tamtej fonograficznej masakry, był ktoś, kto jednak docenił Zembatego i odnotował fakt ukazania się płyty. Był to dziennikarz tygodnika WPROST, znany skądinąd Bronisław Wildstein.
Za zgodą tygodnika możecie przeczytać ten artykuł, a ja postaram się udostępnić wam także przynajmniej kilka piosenek pierwszego składu STGS.

Co do red. Wildsteina, po kilku latach przestał chyba być fanem Zembatego, skoro zamieścił to nazwisko na swojej słynnej liście jako TW bez pseudonimu i bez jakichkolwiek dokumentów świadczących o prawdziwości zarzutu, z wyjątkiem krótkiego oświadczenia jakie Maciek musiał złożyć w tzw. Pagarcie po swoim pierwszym wyjeździe artystycznym do Niemiec Zachodnich. Gdyby tego nie zrobił, nie wyjechałby już nigdy za granicę.

Na liście Bronka W. znalazło się bardzo wielu artystów, których nazwisk nie będę tu jednak wymieniać. Swoją drogą, to co spotkało Maćka, jest z jednej strony dziwne, a drugiej typowe - najpierw miód (może ten, który zjadł Puchatek), a potem lustracyjna fuszerka. Dobrze, że Maciek jest odporny psychicznie dzięki wrodzonemu poczuciu humoru. Powiedział mi, że "w tej sytuacji ma w dupie lustracje, IPN i Bronka Wildsteina".
Szkoda tylko, że niektórzy przyjaciele Maćka nie wytrzymali presji i już nie żyją.
Alleluja i do przodu!

Waldemar Banasik.