gerber…

Kochane Modliszki, Tarantule, Pszczół Królowe, i Wy, Skrzętne Mróweczki,

z okazji Waszego Święta, chętnie bardzo, kupiłbym Wam wszystkim zagraniczne rajstopy – ale, niestety, od wielu miesięcy znajdujemy się z Tadeuszem (wciąż bezwstydnym, czyli pozbawionym akordeonu, Klimondą) na skraju przepastnej czeluści bankructwa –i póki co,  nie ma takiej możliwości. 
Nie stać mnie, kurwa, nawet na to, żeby kupić Wam, o Czcigodne Dziewice, Białogłowy, Kurtyzany, Zakonnice, gerber.jpgByznesbaby, Wdowy i Czarownice z Sejmu i Senatu – nawet na to, by dać Wam po pierdolonym gerberze czy gównianym czerwonym goździku.
Moim Wrogom, oraz Nieprzyjaciołom z przykrością donoszę, iż ku ogólnemu zdumieniu Bezwstydny Tadeusz i Rozpustny Antychryst z Wadowic nie zostaną jeszcze tym razem wtrąceni do Więzienia za Długi, albowiem udało nam się ukończyć CD „Wolność – znaczy Freedom”. Za jakieś 2 tygodnie można go już będzie nabyć za 29 zł i 99 groszy polskich, a my wydamy cały (odpukać) zysk na S, D& R.
Wróćmy jednak – O Suczki i Koteczki! – do naszych baranów a właściwie – w tym wypadku owieczek. Młode owieczki – palce lizać – o czym wie z doświadczenia każdy samotny juhas.
Miłość międzygatunkowa nie jest łatwa, ale bywa przyjemna. Temu właśnie doświadczeniu poświęcona jest piękna legenda King Konga, która wprawdzie źle się kończy, ale tylko dla małpy – co było do przewidzenia.
Na miejscu olbrzymiej naczelnej zabawiłbym się raz lub dwa z seksowną blondynką, a potem oddał ją niedowartościowanym emocjonalnie gadom jurajskim. Tu wszakże w moich przeciążonych synapsach pojawia się olśniewające w swej prostocie odkrycie tajemnicy bezpowrotnego wyginięcia tyranozaurów, raptorów i innych zimnokrwistych stworzeń, zamieszkujących kiedyś naszą planetę.
Wiele jest teorii na ten temat, jednakże żadna z nich nie zbliża się nawet do prawdy.
A jest ona taka:
Gady jurajskie wyginęły dlatego, że brakowało im MIŁOŚCI. Piękne blondynki pojawiały się w mrokach dziejów raczej rzadko, a jeśli nawet jakaś, choćby i farbowana, się trafiła – wielkie małpy zakochiwały się bezsensowną platoniczną miłością i rozdzierały na krwawe strzępy każdego jaszczura, który usiłował się załapać.
pterodaktyl_1.jpgW trochę lepszej sytuacji były latające, niczym F16, pterodaktyle – bo King Kongi nie były dość szybkie. Siła ciągu, jaką dysponowały, nie wystarczyła, by na serio myśleć o porwaniu seksownej blondynki i zaniesieniu jej do gniazda, gdzie  (na wysokości 8.000 m) czekały na wyżerkę głodne pisklęta.
To make a long story short… pozbawiony miłości zwierzostan jurajski  usychał bez niej, jak trawniki na Chomiczówce. Naturalnie, gdyby wtedy pojawił się w tamtych czasach, jakiś współczesny polityk, wizjoner z Platformy – i ogłosił początek polityki WOLNEJ MIŁOŚCI, sprawy potoczyłyby się inaczej. Gadów byłoby zatrzęsienie, a pterodaktyle nie ewoluowałyby, zmieniając się w ptactwo dzikie i domowe. Kaczek nie byłoby wcale, a świat bez nich… wyglądałby zupełnie inaczej.
O rany! Byłbym zapomniał. Rajstop i kwiatów nie będzie. Jeszcze nie w tym roku, ale w dniu Waszego Święta, napisałem dla Was, Drogie Samiczki, okolicznościowy utwór, który przynajmniej części pań, powinien się nie spodobać: Et voila!

NA DZIEŃ HAŃBY – Samczej

Dziś 8-my Marca –
Święto Dam –
a ja – szyderca
oraz cham –
wszystkim Kobietom,
które znam,
lubię i często,
bzykam sam,
już tylko po to,
żeby po…
zapalić peta;
to jest to! –
lecz chcę z zadęciem
lśniących trąb
z okazji Święta
mimo to,
życzyć, by każda
z pięknych dam
odbiła raźno
się od DNA,
na które ją
pociągnął chłop,
by móc za darmo
pieprzyć ją,
a za to wszystko
raz na rok
dać jej z rozmysłem
kwiatek, ot
jak śpiewał tęsknie
Lennon John:
Kobieta Negrem
Świata Jest
– to wszystko. Ech!
Jebał to pies.

Wygląda na to, że za jakieś 2 dni będę miał trochę więcej czasu i wtedy spodziewajcie się w tym miejscu dalszego ciągu moich wspomnień o stonce ziemniaczanej, oraz postępów, jaki zarysował się w poszukiwaniu autora zdjęć z chrzcin moich dzieci. Nawiązałem kontakt z Erazmem Ciołkiem, który już odnalazł w swoim archiwum wiele związanych ze mną zdjęć z tamtych czasów. O tym wszystkim opowiem Wam w najbliższym czasie. Na razie. Sorki! Muszę znowu zacząć robić za producenta. Sam chciałem!
Antek z Wadowic
PS
Zamiast Antychrystem będę od tej pory posługiwał się Antkiem, to imię jest w końcu, tylko skrótem od Ante Kristos czyli jak wyżej.

 

Walenty i jego koleżanki

Bydlaki kochane,

 przepraszam za milczenie owiec po operacji migdałków, ale, kurwa, jestem tak zarobiony, że zapomniałem o najprostszych czynnościach fizjologicznych i niedługo zmienię się w menela z piosenki Cohena, który mieszka w kartonie, rozmiękającym już od moczu i innych płynów ustrojowych. Jeżeli nie śmierdzę tj. powinienem to tylko dzięki moim kotom pp Kamazowi i Sutrze, które ze mnie wszystko zlizują. Co do tamtej historii, którą rozpętałem w ostatnim blogu dokończę ją w swoim czasie, bo moje problemy komunikacyjne z SS rozwiązały się same czyli siłą wyższą czyli vice majora. Grypa ( o ile jest to grypa) zdziesiątkowała moje najbliższe otoczenie ze mną włącznie w tej sytuacji kwestia daty wydania płyty odsunęła się w przyszłość. Ponieważ niestety jednak wracamy do zdrowia, a ilość ofiar śmiertelnych epidemii jest kroplą w morzu naszych potrzeb wygląda na to, że do końca miesiąca będziemy dysponować tymi CD.  Zapisy na pierwsze numerowane egzemplarze po naszej sugerowanej cenie sprzedaży czyli ok 30 zł przyjmuję pod numerem telefonu:

0516517906 lub e-mailem:j.m.zem@wp.pl

codziennie od poniedziałku do piątku w godzinach od 9:00 – 13:00

Ja jednak dzisiaj nie w tej sprawie. Zdaje się, że zapomniałem zawiadomić Was o moich Walentynkowych Żniwach (My fucking Walentain), na które Was zapraszam, jeżeli Wasza karma uczyniła Was mieszkańcami Śląska lub Podbeskidzia.

Gramy:

13.02.2009 Mikołów, Miejski Dom Kultury, Rynek 19 godz: 19:00

14.02.2009 Bielsko Biała , Klub Bazyliszek, ul.Na Wzgórzu 8  godz: 20:00  tel. 33 812 23 00

Szczególnie zależy mi na tym koncercie klubowym. Zapowiada się fajna impra przy tanim piwie i cudnych pierogach. O ile wiem Ewa (właścicielka klubu) kasuje publiczność na 20 zł od osoby. Noclegiem się nie przejmujcie siedzimy do rana. Będziemy grać i śpiewać o miłości: Ewa Dębska, Tadeusz i ja.

Walentynkowe Żniwa kończymy 15.02 w Imielinie w Domu Kultury Sokolnia , godz: 18:00.
Liczę na Was. W każdym z tych miejsc 2 osoby, które powiedzą hasło stonka nie wejdą do środka. To taki bonus ode mnie.

pozdro

dygresje?

Kochane Stonki Ziemniaczane Wy moje,

Chciałbym zapoznać Was z korespondencją, a właściwie fragmentem ostatniego maila, jaki zostanie wysłany do Europejskiego Centrum Solidarności. Uważni Czytelnicy wiedzą, że od lipca ubiegłego roku przygotowuję CD pt. Wolność – znaczy Freedom. Piosenki o wolności. Najprawdopodobniej CD ukaże się już niebawem na tzw. rynku i będzie to pierwszy fonogram wydany przez firmy Never Mind1 i Never Mind 2, powołane do życia w lecie przeze mnie i mojego przyjaciela Tadzia Klimondę. Praca trwała długo i pochłonęła nas tak, że zapomnieliśmy o bożym świecie, nie mówiąc już o prowadzeniu bloga, za co Was bardzo wszystkich przepraszam, zapomnieliśmy nawet o tym, że mamy wydać wraz z Agencją MTJ Tomka Bujaka, płytę life Najstarszy zawód świata. Na szczęście Tomek nie zapomniał i gdy tylko uporamy się z Wolnością (żeby było szybciej MTJ, będzie chyba musiał nam pomóc w dystrybucji) zabierzemy się za Zawód.

Ave, Bracie Maćku,

choć łączące nas uwarunkowania na pewien czas wymknęły się spod kontroli, jak to zwykle bywa, zgodnie z prawem zachowania energii porządkują się teraz same, a eksplozja emocji, która niewątpliwie miała miejsce przedwczoraj, podczas pouczającej (przynajmniej dla mnie podpisanego) rozmowy – o sile porównywalnej do tej, jaka wyzwoliła się podczas pamiętnego eksperymentu Castle Bravo  przeprowadzonego w Atolu Bikini 1 marca 1954 przez amerykańskich imperialistów.

Tego wydarzenia Brat Maciek, nie może, z racji młodego wieku pamiętać, lecz Maciej, który mógłby być jego ojcem, nigdy nie zapomni. Bo jakże mógłby zapomnieć tamten wściekły i zmasowany kontratak sowieckiej propagandy. To uderzenie zaczęło się niemal następnego dnia, a cała armia dziennikarzy, poetów, malarzy i „naukowców” prześcigała się w wypełnianiu rozkazów dowódcy. Był nim, rzecz jasna, Korfeusz Językoznawstwa, wielki (nie wzrostem!) Generalissimus Józef Wisarionowicz Dżugaszwili Soso – syn osetyńskiego szewca, niewyświęconego księdza z Tybilisso – który (ukąszony przez Hegla), gdy tylko zarosła mu tonsura został członkiem nielegalnej komunistycznej organizacji równie niskiego Włodzimierza Uljanowa (pseudonim Lenin) przyjmując partyjne imię STALIN.

A my: górale z Gorców, Podhala, Beskidu Wadowickiego, Żywieckiego i Orawy…
Zaraz? Zdaje się, że brnę w jakąś dygresję. Spokojnie. 
Postanowiłem zwrócić się do Was mianem mojego ulubionego chrząszcza, który prawdopodobnie dzisiaj już na ziemniaczkach naszych nie żeruje. Pewien gorzelnik z okolic Zamościa, oczywiście nielegalny gorzelnik; i dlatego ten Zamość, wytłumaczył mi, że dziś prawdziwych szkodników już nie ma. Ta ściema z Zamościem służy, jeżeli tego nie zrozumieliście bezpieczeństwu gorzelnika. Tak naprawdę pędzi on, gdzie indziej, ale nie powiem gdzie i nigdy się tego nie dowiecie, skurwysyny.

Mianem tym zwracam się nie do uroczych kartoflanych szkodników, jakie pamiętam z dzieciństwa. Chodzi mi rzecz jasna, o tych, którzy studiują moje blogi z obowiązku. Operacyjnego, służbowego, czy też… z innych ważnych względów: politycznych, religijnych i, sam nie wiem.  Mam, oczywiście w dupie wszelkie Abwehry, wywiady i kontrwywiady, z nawet Siostrami 7 z Watykanu włącznie. Odkąd zabrakło fachowców, służby te (z których bez względu na ustrój w ojczyźnie naszej panujący) mogliśmy być słusznie dumni, zdołowały. Z bohaterów tamtych lat wymienię tutaj choćby szpiega, którego imieniem powinniśmy nazwać (niestety już pośmiertnie) pewną ulicę.

Wolałbym naprawdę, żeby polskie ulice nosiły imiona zwycięzców, takich jak pułkownik Kukliński, którego dłużnikami jesteśmy wszyscy (z tymi, którzy nazywają go zdrajcą włącznie), a nie poległych, a więc tych, którzy jakby na to nie patrzeć, przegrali. W pewnym sensie, przegrał nawet ten, który był prawdziwym, niezłomnym herosem, ale nie miał pojęcia, ani o konspiracji, ani o profesjonalnej robocie. 

Jak wielu mieszkańców stolicy zmartwiłem się zmianą, całkowicie niepolitycznej nazwy, ulicy Stołecznej na Popiełuszki, choć księdza Jerzego (to właśnie ten heros) znałem, coś tam razem kombinowaliśmy nawet (oczywiście bez sensu), aż wreszcie, ponieważ moi synowie sami tego chcieli, na ich własną prośbę,  ubłagałem Jerzego, żeby na pół roku przed swoją męczeńską śmiercią, którą przeczuwał, ochrzcił moich nieźle już wyrośniętych chłopców. Senior miał wtedy bodajże 6 lat, a Junior, jak to Junior, był od niego o prawie 3 lata młodszy. Jerzy zachował się wtedy, po prostu super. Nie żądał żadnych kartek od spowiedzi i zaakceptował, takich rodziców chrzestnych, jakich sobie wykombinowaliśmy.
Choć szczerze mówiąc było trochę inaczej. Tak na prawdę chcieliśmy, żeby zamiast Basi (bardzo fajnej koleżanki mojej żony z telewizji, kiedy jeszcze obie tam pracowały), chrzestną matką została nasza najbliższa, po dziś zresztą, przyjaciółka - Małgosia B.
Małgorzata (nienawidzi, tego zgrubienia) była kiedyś autentyczną gwiazdą filmową, a dziś jest najbardziej chyba zaawansowaną polską buddystką Zen. Ma swoją sanghę, własne zendo i jest prawdziwym sansanimem, posiadaczką tanki, mogąca potwierdzać Oświecenie u swoich uczniów. Należy do nich Senior, któremu na tym chrzcie najbardziej wtedy zależało, bo smarkaczowi wydawało się, że skoro ma już za sobą Krzyżaków, Faraona i Trylogię, to już wie o co chodzi. Junior nie bardzo kumał bazę i o ile pamiętam, w kościele cały czas ziewał. Wystraszył się dopiero, kiedy do kaplicy w podziemiach wbiegł nagle facet, którego zazwyczaj widywał po cywilnemu, w dziwnym stroju i bez uprzedzenia nalał mu wody na głowę.
Niestety, ksiądz Jerzy, choć Małgosię skądinąd uwielbiał i często konspirowaliśmy razem na plebanii u Św. Stanisława, ku naszemu zdumieniu odmówił.  Początkowo nie zrozumiałem tego co przecież było oczywiste. Ksiądz Jerzy, jako kapłan wyznający wiarę silną, lecz (jakby to powiedzieć?) białostocką, nie uznawał poglądów ludzi, którzy sprzeniewierzyli się swojej wierze, na korzyść zupełnie innej. Dodam, że Małgosia była kiedyś ewangeliczką. To  nie przeszkadzałoby tolerancyjnemu Jerzemu w zaakceptowaniu jej w roli matki chrzestnej. Dla niego ewangelicy byli po prostu zbłąkanymi na krótko (kilkaset lat) owieczkami z tego samego stada.
I nic nie pomogło. Nawet interwencja autentycznego hierarchy, biskupa Bronka Dembowskiego i (ho, ho, ho) jedynego chyba kapłana, za którego byłbym gotów oddać życie.  Kardynała Franciszka Macharskiego poznałem w okresie „Karnawału Solidarności” przez Józefa Tischnera, który, znając dobrze stalową wiarę księdza Popiełuszki, odmówił jakiejkolwiek próby interwencji. W przeciwieństwie wiedział bowiem, że na wsi białostockiej wierzy się w Boga bezgranicznie, bez ironii właściwej mieszkańcom Podhala.
Pomimo to uroczystość wypadła zajebiście, a fotoreporterzy, których oczywiście, o ekscesie zawiadomił sam Jerzy, zawsze łasy na PR, zjawili się tłumnie i ochoczo.
Już nie pamiętam, czy to zdjęcie ukazało się wtedy w Sternie czy w Paris Match. W każdym razie pod fantastycznym ujęciem, w którym na jasną główkę trzyletniego Juniora, wznoszącego oczy ku niebu, ksiądz Jerzy Popiełuszko, leje święconą wodę z kryształowego dzbanuszka.
Wtedy, nie było jeszcze tych pieprzonych aparatów cyfrowych. Fotografia nosiła jeszcze znamiona sztuki. Super szybki Nikon z motorkiem uchwycił, dzięki synchronicznie błyskającemu fleszowi, wszystkie chrzest f ot.ERAZM CIOŁEK .jpgkrople wody, w których odbijało się jakby metafizyczne światło.
Zdjęcie jest piękne. Ja je oczywiście zgubiłem, ale gdy niekiedy nachodzi mnie ochota na wspomnienia, udaję się do kościoła Św. Stanisława na Żoliborzu. Jak wiadomo jest tam stała wystawa zdjęć przedstawiających Męczennika w różnych sytuacjach.
To zdjęcie można tam w każdej chwili zobaczyć w formie dużego fotogramu. Niestety, nazwisko autora nie jest podane. Początkowo myślałem, że tak jak większość zdjęć na wystawie, zrobił je Erazm Ciołek. Było oczywiste, że  nie podpisałby wtedy, ze względów bezpieczeństwa swojej fotki opublikowanej szeroko w prasie zachodniej. Robił wtedy tych zdjęć tyle, że mógł po prostu zapomnieć.
Po kilku latach, już po Wyzwoleniu, Erazm wydał wspaniały album ze zdjęciami z tamtych lat, w którym jest piękne zdjęcie z chrztu moich dzieci, ale nie to o którym tu opowiadam. Zresztą sami zobaczcie: 
 
Niestety, ja szukam innego, bo po prostu się uparłem, a na upór i głupotę nie ma lekarstwa.
Mam do Was prośbę, drogie Szkodniki, może ktoś z Was wie, gdzie można znaleźć tamto zdjęcie. Nie chodzi zresztą (piszę to zupełnie serio) o sentymentalną podróż w przeszłość, lecz o przygotowywaną przeze mnie, już od ponad roku, autobiografię, którą moje blogi w pewnym sensie, od początku  zapowiadają.
Obiecuję, że ta Stonka (albo ten Stonek), która rozwikła tę największą zagadkę ubiegłego stulecia, dostanie ode mnie tę książkę, czy będzie sobie tego życzyć, czy nie.

Tak będzie, o ile oczywiście Erazm się zgodzi, napisałem nawet do niego maila, w tej sprawie, który zamieszczam w tym blogu, ze względów taktycznych, nie pytając adresata o zgodę.

Drogi Erazmie,
Jesteśmy w tej chwili, ja i moja asystentka w trakcie pisania blogu, jego adres (
www.maciejzembaty.pl), który pewnie umknął Twojej uwadze i tak się jakoś stało, że jest w nim mowa o chrzcie moich synów dokonanym wiosną 1984, przez Jurka Popiełuszkę. Ty też zrobiłeś wtedy piękne zdjęcie i nawet podarowałeś mi album z dedykacją. Chciałbym bardzo zamieścić je, za Twoją zgodą w moim tekście, a potem w mojej autobiografii, którą przygotowuję dla Andrzeja Rosnera, ale to jeszcze pieśń przyszłości, choć o ile moja karma na to pozwoli ukaże się w przyszłym roku. To będzie najmarniej 1000 stron bogato ilustrowanych i tu moja kolejna gorąca prośba, nie wiem jak dalece jesteś już skomputeryzowany i zdigitalizowany. Interesują mnie wszystkie zdjęcia mojej skromnej osoby, jakie być może uda Ci się znaleźć. Póki co, proszę o zgodę na publikację fotografii w moim blogu. Nie ma on  charakteru komercyjnego i mam nadzieję, że tak zostanie.
Pewnie z reguły nikt nie pyta Cię w takich przypadkach, czy się zgadzasz, ale ja po prostu jestem wychowany zupełnie inaczej i już się nie zmienię.

 

 

Wracając po tej naprawdę długiej dygresji do zasadniczego tematu, który nie wiadomo dlaczego urwał na słowach:
A my: górale z Gorców, Podhala, Beskidu Wadowickiego, Żywieckiego i Orawy chciałbym stwierdzić, że w odpowiedzi na naprawdę kurewski atak komunistycznej propagandy zaśpiewaliśmy wszyscy tak:
 
Jedna bomba atomowa
I wrócimy znów do Lwowa
Druga – mała ale silna
I wrócimy znów do Wilna
Ruskie się ze strach trzęsą
Na armatnie pójdą mięso
Stalin w gacie sra ze strach
Wnet go pochowają w piachu

Może zmieni się
Los odmieni się
I zobaczę polski Lwów
NIEDŁUGO
Może zmieni się
Los odmieni się
Znowu ujrzę polski Lwów

Truman, Truman, puść ta bania
Toć jest nie do wytrzymania
Atomowym strasznym młotem
Wytłucz mendy i hołotę
W czwartek, piątek lub sobotę
Ruskich Icków wybij potem
Pochowamy ich pod płotem
 
Naród Polski da
Przyzwolenie na
Atomowy wielki grób
ZA KATYŃ!
Truman, nie łam się!
Churchill, trzymaj się!
Polski Naród
Z wami  znów

Choć zastaniem same zgliszcza
Jednak ziemia to ojczysta
Ukraińskiej armii UPIE
Atomówką rozwal dupę
W dzień deszczowy i ponury
Z cytadeli idą chmury
Szeregami lwowskie dzieci
Idą. Każde z nich się świeci
Atomowe błysną słonka
Będziem świecić się jak stonka

Może zmieni się
Los odmieni się
I zobaczę Polski Lwów
OCZAMI
Truman, nie łam się
Churchill, trzymaj się
Polski Naród
Z wami znów
DO ŚMIERCI
Wolę zginąć niż
Z Sowietami żyć
Polski honor mówi mi.

NIESTETY


To ostanie NIESTETY, to jednocześnie mój komentarz do tej strasznej pieśni, jaką zapamiętałem na całe 54 lata, czyli prawie do śmierci. W tamtym czasie nie lubiłem tego utworu, byłem bowiem 10-letnim komunistą, uczęszczającym do słynnej katowickiej „Szkoły Janczarów” przy Pl. Kościuszki.
cdn

ogłoszenia parafialne czyli najbliższy rozkład jazdy

27.01 Bielsko-Biała, godz. 19.00 Teatr Miejski  "Piosenki z trumienki" jako Los Coqueros Wiejos i Ela Dębska, Maraton Kabaretowy Kabaretu Długi .
28.01 Katowice, godz.19.00, Teatr Korez,  Pl. Sejmu Śląskiego, Kabaretowa Scena Trójki
30.01 Wisła, godz.18.00  Kino "Marzenie" Pl. Hoffa jw

polowania

Cześć Bydlątka!

Po pierwsze chciałbym jak zwykle przeprosić, przede wszystkim za to, że znowu się opierdalam. Marysia, której dyktuję te słowa, wzdraga się, gdy słyszy te piękne polskie kwiaty, które rzucam do Waszych stóp, a ja wręcz przeciwnie; o ile oczywiście istnieje jakieś przeciwieństwo do wzdragania. Tym razem jednak musiałem przemóc słodkie lenistwo, któremu w zasadzie oddaję się od poniedziałku. Never Mind 1 i Never Mind 2 ukończyły w terminie nową płytę: Wolność – znaczy Freedom i teraz przed nami już tylko promocja, dystrybucja i nieustająca balanga, przy której bal u Kaczora to pikuś. Płyta jest zajebista albo zadzierżysta (niepotrzebne skreślić), niedługo pokażę Wam kilka kawałków w Wrr…Rozsądek.

Mimo nawału pracy dotarły jednak do mnie sygnały, które kazały mi włączyć TVN24. Podobnie jak miliony Polaków, z Marszałkiem Komorowskim na czele, śledziłem z zapartym tchem relacje z dalekiej Osetii.

Moim zdaniem, nasz bohaterski Kaczor znowu przeszedł samego siebie. Przy jego wzroście nie jest to może zbyt trudne ale.. Krótko mówiąc uważam, że pan Prezydent powinien nie zwlekając przyznać sam sobie jakieś porządne odznaczenie i sam je sobie przypiąć do korpusu. Wiemy wszyscy, że bije w nim małe, lecz wielkie, nieustraszone serce!

Ledwie tylko dowiedzieliśmy się o dramacie, jaki rozegrał się w ciemną noc  na błotnistej osetyńskiej drodze, podejrzliwi dziennikarze - i jeszcze bardziej podejrzliwi politycy z wrogich ugrupowań - zaczęli wieszać na naszym Kaczorze swoje obrzydliwe psy, wietrząc w tym wszystkim jakąś prowokację.
Przecież nawet mowy być o tym nie może. Nasz dzielny Kaczor nie ugiął się jednak pod ciężarem kalumnii i oszczerstw. Otrząsnął się, otrzepał, poprawił piórka i udał się do dalekiej Japonii na spotkanie z Cesarzem, do którego nie doszło.

Co do mnie, podzielam w całej pełni wyrażane przez samego pana Prezydenta, jego otoczenie i zwolenników, przekonanie, iż skoro zamachowcy krzyczeli po rusku i strzelali z kałachów, musieli być to Rosjanie, a nie jacyś, pożal się Boże, przebierańcy. Podzielam też w całej pełni oburzenie, jakie, także w moim imieniu, wyraził nieugięty trybun Prawa i Sprawiedliwości -pan Premier Gosiewski domagając się, by ten, kto ośmielił się powiedzieć: - Jaka wizyta, taki zamach – poniósł surowe konsekwencje!

Czy Marszałek Komorowski nie rozumie, że najbardziej interesujące są właśnie wizyty kończące się zamachami na tych, którzy je składają? Ileż to razy Prezydent Putin, czy inny George Busch, składali wizyty podczas których nie wydarzało się nic ciekawego? To była fantastyczna wizyta i wspaniały zamach, a jeżeli spalił na panewce to tylko dlatego, że zamachowiec ze SPECNAZU nie wiedział na kogo poluje.

Jadłem dzisiaj lunch z pewnym generałem w stanie spoczynku, który naprawdę zna się na rzeczy. Jeżeli nawet on się ze mną zgadza, oznacza to, że moja interpretacja wydarzeń w Osetii jest więcej niż prawdopodobna. Popijając zieloną herbatę, generał pokiwał głową i stwierdził w krótkich żołnierskich słowach:
- Tak jest, to prawda. Gdyby to ode mnie zależało, awansowałbym cię ze stopnia chorążego piechoty, mogącego dowodzić plutonem w czasie wojny (i niech Bóg ma go w swojej opiece), do stopnia na który zasługujesz.
Popijając piwo odparłem:  - Ku chwale Łojczyzny!

 To było tak, bo inaczej być nie mogło. Gdy obaj prezydenci wysiedli na chwilę z opancerzonego mercedesa, by rozprostować kości i kosteczki, a także sprawdzić, czy w okolicy nie kryją się jacyś Rosjanie, usłyszeli okrzyki w języku Puszkina i Lermontowa, a po nich dwie, jak twierdzą pismaki, ostrzegawcze serie.

Nie, Panowie! To nie były serie ostrzegawcze. polowanie.jpgTe wystrzały jak sądzili zamachowcy, miały sprawić, że bohaterski Kaczor poderwie się do lotu. Każdy, kto choć raz w życiu polował na kaczki, lub przynajmniej oglądał w telewizji takie polowanie, wie, że najpierw trzeba ptactwo wypłoszyć z sitowia. Dopiero, gdy kaczki wzbiją się do lotu, strzela się do nich grubym śrutem, oczywiście nie celując do nich, lecz w punkt znajdujący się przed dziobem. Fachowo nazywamy to ogniem wyprzedzającym. Biedny kaczor wlatuje więc sam w pole rażenia i oczywiście ginie, dostarczając myśliwemu niezapomnianych wrażeń. Zresztą co tu kryć, kaczorek z borówkami lub w pomarańczach, zwłaszcza w zimie, palce lizać. Dodam tu jednak od razu, że ani ja, ani tym bardziej generał, omawiając wydarzenia osetyńskie, nie zamówiliśmy kaczki, która zwykle z rozkoszą jadamy. Zastanawiam się nawet, czy my, Rodacy Bohaterskiego Kaczora (RBK), nie powinniśmy w tej sytuacji powstrzymać się od spożywania ulubionej dziczyzny przynajmniej do końca kadencji, lub rezygnacji przez pana Prezydenta z uciążliwego i jak się okazuje, niebezpiecznego stanowiska.

Wróćmy jednak do mojej teorii, przekraczającej granice prawdopodobieństwa. Rosyjscy zamachowcy nie wiedzieli o tym, o czy wie każde polskie dziecko -  RBK. W przeciwieństwie do wszystkich innych kaczek, nasz Kaczor jest nielotem, podobnie jak sympatyczne pingwiny.

Gdyby zamachowcy zadali sobie nieco trudu, mogliby się tego dowiedzieć, oglądając ogólnie dostępne materiały filmowe przedstawiające naszego Kaczora, gdy chodzi lub biega. Podobieństwo jest przecież uderzające i nieodparte. To właśnie pingwiny biegnąc po pożywienie kołyszą się w ten sam uroczy sposób. W tym miejscu dygresja, którą podrzucił mi mój przyjaciel Tadeusz, wciąż bezwstydny. Przecież zakonnice nazywane są pingwinami, nie jak mogłoby się wydawać ze względu na biało czarne stroje, ale ze względu na niewątpliwie pingwini krok, jakim zmierzają do swoich świątyń, czy klasztorów.

I dlatego właśnie, gdy rozległy się wystrzały, nasz bohaterski Kaczor nie poderwał się do lotu. Niczym rączy pingwin, przemknął bez trudu między nogami pana Prezydenta Gruzji i głupi ruski zamachowiec, niepotrzebnie zmarnował cenną amunicję śrutową. Nim się zorientował było już za późno. Dzielny Kaczor przytomnie ominął samochód, przy którym czekali na niego ochroniarze z obu braterskich narodów i wskoczył do autobusu dla dziennikarzy.

Tonem nie znoszącym sprzeciwu wydał po polsku polecenie gruzińskiemu kierowcy i autobus ruszył pozostawiając oniemiałych, na widok tego bezprzykładnego bohaterstwa, obserwatorów.

Jakże słusznie postąpił. Pancerny mercedes mógł przecież znaleźć się pod ostrzałem rakietowym, a na autobusy z prasą, póki co nikt nie marnuje cennych pocisków. Gdy pan Prezydent poczuł, że oddalił się już na bezpieczną odległość od miejsca zamachu, kazał zatrzymać i wysiadł.

Teraz będę nieco konfabulował, bo nie było mnie przecież przy tym i mogę tylko domyślać się, a raczej zapragnąć, by nastąpiło to, co spróbuję opisać.

Na skutek doznanych emocji, nasz Kaczor zachował się zapewne tak, jak zachowują się wszyscy prawdziwi mężczyźni, którzy przeżyli niebezpieczeństwo lub zagrożenie. Ja przynajmniej zachowałbym się tak na pewno. To znaczy, stanąłbym na skraju rowu i dyskretnie się wysiusiał. Na trzaskającym osetyńskim mrozie mocz zamarzłby natychmiast, tworząc na wieczną chwałę naszego Kaczora i na pohybel jego wrogom, piękny pomnik przyjaźni dwojga bratnich narodów.

Mam nadzieję, że snując tę patetyczną wizję, nie posunąłem się za daleko. Ostatnią rzeczą, jakiej bym sobie życzył, byłoby sprawienie panu Prezydentowi jakiejkolwiek przykrości. Owszem, zdarzało się panie Prezydencie, że trochę sobie z Pana i Pańskich czynów żartowałem… Przepraszam i żałuję, z góry wyrażając w ten sposób skruchę na wypadek przegranego procesu o zniesławienie, lub zniewagę.

Szczerze oddany RBK

Do wiadomości:
Generał w stanie spoczynku, którego nazwiska nie wymienię, nawet na mękach.

wstydu nie mieć

Kochane Roztocza

Zwracam się do Was w ten sposób, o Czytelnicy, bo zamierzam roztoczyć dziś przed Wami wspaniałe perspektywy uczynienia dobrego uczynku, który pozwoli tym, którzy spełnią moją prośbę złagodzić złą karmę (nie chodzi o karmę dla kotów), wpłynąć na otrzymany wyrok na Sądzie Ostatecznym, czy też gdybyście okazali się agnostykami lub jeszcze lepiej ateistami, dać Wam możliwość doznania satysfakcji, albo nawet przyjemności oraz last but not least uzyskania korzystnego odpisu podatkowego. Najważniejsza jest kasa. Ja jej mam za mało i dlatego nie mogę przychylić nieba mojemu druhowi od serca, nerek i wątroby i po prostu kupić mu ten pieprzony akordeon.

W żargonie klezmerskim instrument, na którym od pacholęcia gra mój przyjaciel, zwany jest kaloryferem, wstydem, ciążą, zmarszczką lub cyją. Ci z Was, który choć raz widzieli ten instrument skumają, że wszystkie te określenia są adekwatne i głęboko uzasadnione. Nie będę przeprowadzał tutaj szczegółowej analizy językowej (choć mógłbym) skoncentruję się więc na tylko jednym z nich a mianowicie wstydzie. Trzeba bowiem być żoną, kochanką lub kochankiem, czy wreszcie długoletnim przyjacielem akordeonisty, by to pojąć.

Nie jestem kochankiem mojego przyjaciela, gdyż, jak Wam zapewne wiadomo (o ile oczywiście jesteście wiernymi czytelnikami tego blogu) jestem hetero aż do bólu, podobnie jak Tadeusz. Pomimo to planowaliśmy w tym roku wstąpienie w Święty związek małżeński zwany dalej ŚWINIĄ. Niestety! Opieszałość lub poglądy wyznawane przez prawicowych parlamentarzystów uniemożliwiły nam ów akt, o którego dopełnieniu od dawna marzymy. Wiem, że ta dygresja jest trochę przydługa, mam jednak nadzieję, że zrozumiecie, iż nie może być inaczej ze względu na wciąż narastającą wagę tego od lat nabrzmiewającego jak czyrak społeczno-politycznego problemu. Możliwość otrzymania ŚWINI przez wszystkich, którzy jej pragną, w dowolnych konfiguracjach jest być może ważniejsza niż budowa autostrad o których tak pięknie mówi już od roku Premier. Bogate i trudne doświadczenia będące moim i Tadeusza Klimondy udziałem dały nam pewność graniczącą z pewnością. Spośród wszystkich ŚWIŃ, jakie można sobie wyobrazić tą, która ma najmniejsze szanse powodzenia i przetrwania jest ŚWINIA łącząca zawsze na krótko kobietę i mężczyznę. Nawet jeżeli związek trwa dłużej niż rok to dzieje się tak tylko z tzw. innych ważnych względów: finansowych, charakterologicznych, czy wreszcie religijnych a nie, dlatego by małżonków łączyły uczucia inne niż niechęć, nienawiść czy wrogość. Są oczywiście wyjątki potwierdzające regułę. Znam osobiście dwa, słownie 2 małżeństwa, które na moich oczach przetrwały wszelkie próby i wyzwania, jakie przed nimi stanęły. Znam jednak jednocześnie setki, albo i tysiące związków, które powinny zostać przerwane po pierwszych dwóch tygodniach, a jednak są kontynuowane. Nie wypowiadam się w ten sposób po to, by bronić prawa gejów i lesbijek do robienia tego na co mają ochotę. Życzę im, oczywiście, jak najlepiej i jestem pewien, że ich ŚWINIE miałyby się lepiej od związków tradycyjnych, które z uporem godnym lepszej sprawy bronią kapłani i posłowie wiadomych partii. Chodzi mi o coś więcej. Znacznie więcej. Ludzie powinni mieć prawo do każdej ŚWINI, a nawet ŚWIŃ, bo oczywiście dopuszczam także WIELOŚWIŃSTWO. Jestem jego gorącym zwolennikiem. Jestem pewien, że gdybym mógł mieć trzy lub cztery żony takie małżeństwo miałoby wszelkie szanse powodzenia i nie byłbym dzisiaj wielokrotnym rozwodnikiem. Monogamia jest tragiczną pomyłką naszych europejskich prawodawców i kapłanów. Wiem co mówię. Bywałem często na Wschodzie. Z zazdrością przyglądałem się tam, leżącym wygodnie na tapczanach, w herbaciarniach i kawiarniach, Panom Stworzenia, obsługiwanym przez odgadujące i spełniające ich życzenia, szczelnie zamaskowane kobiety.

Wróćmy jednak do wstydu. Jak już wspomniałem geneza tego określenia jest czytelna li tylko dla stałych towarzyszy akordeonistów. Wiedzą oni dobrze, że prawie każdy muzyk grający na tym instrumencie nie wiedzieć, a właściwie wiedzieć czemu ma ogromne kłopoty komunikacyjne. Żaden z nich nie potrafi w sensowny sposób porozumiewać się ani z najbliższym, ani dalszym otoczeniem. Gubią wątek, jąkają się, popełniają kontradykcje, czyli sprzeczności w prawie każdym wypowiedzianym zdaniu i dlatego robią wszystko, by zmienić, ten uwierający ich samych, stan rzeczy. W naszym kraju oznacza to, że prawie każdy akordeonista po prostu pije, bo inne środki nie są niestety ogólnie dostępne. Oni się wstydzą i wierzcie, nikt nie wstydzi się bardziej niż zakompleksiony muzyk. W tym miejscu przyjaciel mój wpadnie oczywiście w szał i zacznie biegać wokół mnie niczym rozjuszony trzmiel, wykrzykując pod moim adresem najgorsze obelgi i przekleństwa. Jednak zaryzykuję, bo nie ma takiego ryzyka, jakiego nie podjąłbym dla Tadeusza. Tadek od ósmego, czy dziewiątego roku życia gra (a właściwie grał, bo ostatnio okazało się to już niemożliwe) na ofiarowanym przez ojca cudownym, koncertowym Weltmeisterze. Ach, cóż to był za instrument. Sam nie gram na harmonii i to, co teraz piszę wynika raczej tylko z niezapomnianych wrażeń, jakich tysiąc razy dostarczył mi wstyd Tadeusza Klimondy, nim uległ ostatecznej destrukcji. Już od wstyd.jpg  dawna na to się zanosiło. W miechach robiły się dziury, zatykane palcami przez Tadka podczas koncertów i nagrań. Doszedł w tym do perfekcji, do tego stopnia, że na dziurawym wstydzie grał jeszcze lepiej. Odmykał i przymykał palcami dziury w miechach wzbogacając w ten sposób skalę możliwości swojego wstydu. W pewnym momencie stało się to jednak niemożliwe. Tadek, jak większość z nas, ma tylko po pięć palców u każdej dłon, a ilość otworów zaczęła się zwiększać. Próbował zasklepiać je w różny sposób wykazując ogromną inwencję. Nie uwierzycie, ale najlepsze były łaty z damskich elastycznych pasów do pończoch. O takie nie jest jednak dzisiaj łatwo, a Tadek wbrew pozorom, nie orientuje się najlepiej w asortymencie współczesnej, damskiej bielizny. Nawet gdyby się orientował, na niewiele by się to zdało, gdyż podczas jednego z koncertów naszej Formacji z akordeonu zaczęły wypadać guziki. Nie mam na myśli zwykłych guzików do zapinania bo takich we wstydzie nie ma, ale przyciski, na których gra się lewą ręką - tzw. basy. Ba! Żeby jeszcze te guziki tylko wypadały nie czyniąc nikomu krzywdy. One wyskakiwały a właściwie wystrzeliwały ze wstydu niejednokrotnie dosięgając najdalszych rzędów widowni i z ciemności słychać było wtedy jęki boleśnie ranionej tymi pociskami publiczności. Zdaliśmy sobie sprawę, że tak dalej być nie może, gdyby taki guzik trafił kogoś w oko, groziłby nam proces i konieczność wypłacenia wysokiego odszkodowania przekraczającego pewnie znacznie koszt nowego sprawnego instrumentu. Na to nie było nas stać. Przez przyjaciół z Trójmiasta trafiliśmy do jedynego może w Polsce fachowca od akordeonów. Rozebrał on na części Tadeuoszowy wstyd i stwierdził, że naprawa tej ruiny nie ma najmniejszego sensu. Powiedział także ile kosztuje dzisiaj instrument podobnej klasy, używany, po renowacji lub nowy. Szczęki na opadły. Nie zdziwił się tylko Tadeusz, który wiedział, że wstyd ma swoją cenę. Szczątki akordeonu zostały pochowane we Wrzeszczu w niepoświęconej ziemi. Tadeusz Klimonda aranżer, kompozytor i multiinstrumentalista, który jednak najbardziej kocha się we wstydzić gra obecnie na instrumencie, który wypożyczył mu nasz przyjaciel Tomek. To także Weltmeister, ale niższej kategorii, świetnie się nadaje do przygrywania na weselach, chrzcinach, pogrzebach – gorzej z nagraniami i koncertami. Jak już wiecie jestem zrozpaczony. Pieniądze jakie zdobywamy potępieńczą pracą natychmiast znikają, jak sen jakiś złoty. Aktualnie jesteśmy w ogniu samodzielnej produkcji dwóch CD: Najstarszy zawód świata i Wolność, znaczy Freedom. Ta druga produkcja jest przedsięwzięciem non commerce dla Europejskiego Centrum Solidarności z siedzibą w Stoczni Gdańskiej. Jak to zwykle bywa, obie produkcje okazały się droższe niż nasze słabowite móżdżki były w stanie przewidzieć. Wszystkie ceny pną się górę jak Wanda Rutkowska na Mount Everest i doganiamy je z najwyższym trudem. Wygospodarowanie środków na nowy wstyd przekracza nasze możliwości i umiejętności. Są oczywiście lichwiarze, ale wiemy jak mogłoby się to skończyć. Dlatego proszę pomóżcie, jeżeli ten apel wywrze skutek, pokażę Wam rachunek i zdjęcie znowu szczęśliwego, zawstydzonego Tadeusza. Nie powiem z góry dziękuję, żeby nie zapeszyć, ale w skrytości ducha liczę na Waszą pomoc.

Datki, dotacje i donacje proszę przekazywać na rachunek 23 1060 0076 0000 3300 0057 1184 z dopiskiem składka na wstyd dla Tadka.

kastracja mechaniczna

Najmilsze Wy Moje Pajączki,

     jeżeli, choćby przez chwilę, przestaniecie splatać Wasze zajebiste pajęczynki i spróbujecie przeczytać tekst, jaki zamierzam dziś Wam zapodać, przyrzekam, a nawet uroczyście przysięgam, że w najbliższym czasie poddam się kastracji - i to mechanicznej. Uczynię tak z wielu nieistotnych z pozoru powodów. Tak jednak już jest, Pajączki, że to co nie ma w ogóle znaczenia dla Prezydenta Prawie Wszystkich Polaków, którego w tym tekście zwał będę po prostu Prezydentem Szczękościskiem; a także dla Premiera Prawie Wszystkich Polaków, naturalnie z wyjątkiem zwolenników Prezydenta Szczękościska, a którego dla potrzeb tego, kurwa, blogu będę zwał Donem Tuscleonem, choć na usta cisną mi się od pewnego czasu słowa uważane powszechnie za obraźliwe… 800px_Advance_of_the_Panzerjager_Abteilung_39_AC1942.jpg
Nie! To zdanie jest za długie. W Poprzednim Wcieleniu byłem kapitanem Wermachtu, niemieckim czołgistą służącym w Deutsches Afrika Korps (DAK) u generała Erwina Rommla, zwanego Lisem Pustyni (Wüstenfuchs) i stąd pewnie moja tendencja do długich, właściwych językowi Goethego zdań, zajmujących niekiedy całą stronę, a także inklinacja do porządku, punktualności i domowych kwartetów smyczkowych. Dlatego przerwałem poprzednie zdanie, choć niechętnie, by powrócić do zasadniczego tematu, a więc wspomnianej w tytule kastracji. Ale po kolei. Alles in Ordnung. Morgen, Morgen, weißes Kätchen…
Jak widzicie, jeszcze niejedno z Poprzedniego Wcielenia pamiętam i gdyby Prezydent Szczękościsk zabrał mnie ze sobą piechotą do Brukseli, mógłbym przydać mu się jako przewodnik, który bez większych problemów powinien przeprowadzić Go przez cały, znienawidzony przez Niego, obszar języka niemieckiego, w tym wypadku tak zwanego Nord Deutsch.
 Lubię północną niemczyznę, bo w Poprzednim Wcieleniu urodziłem się, wychowałem i wykształciłem na czołgistę w Hamburgu, w dzielnicy Niendorf, tuż obok lotniska, w pięknym dwupiętrowym domu z angielskim ogrodem. Muszę jednak przyznać, że wiodąc Prezydenta Szczękościska do Brukseli, byłbym trochę rozdarty wewnętrznie, bo gdyby tylko Don Tuscleone zaproponował mi miejsce na pokładzie swojego samolotu, nie mógłbym odmówić, gdyż mało które z genialnych posunięć Dona spodobało mi się tak bardzo, jak jego pomysł przymusowego wykastrowania pedofilów wsobnych. Donowi zabrakło trochę konsekwencji i z pomysłu zostało, szczerze mówiąc gówno, ale liczy się przecież wspaniały pomysł, który podchwyciłem od razu.
Jak już zdaje się kiedyś wspomniałem, jestem heteroseksualny aż do bólu, podobnie jak, póki co, moi dwaj synowie i w zasadzie nie mam już nawet cienia szansy na nawiązanie kazirodczego współżycie z własną córką. Co do córek cudzych, wolę kobiety bardziej dojrzałe, co najmniej szesnastoletnie, najważniejsza dla mnie jest bowiem osobowość i intelekt. Właśnie dlatego (między innymi) chciałbym jak najszybciej poddać się kastracji, i to mechanicznej, a więc nieodwracalnej.
Jestem już trochę zmęczony moim rozbuchanym, starczym libido, którego zaspokajanie w dodatku bardzo poważnie obciąża mój raczej skromny budżet. Trzeba wam wiedzieć, że jestem rencistą, a więc inwalidą drugiej grupy, który za swe, nie bójmy się tego słowa, zasługi dla kultury już od 2 lat otrzymuje na rękę, co miesiąc, zawrotną kwotę 548 nowych złotych polskich (słownie pięćset czterdzieści osiem złotych). Co miesiąc przed pierwszym, przychodzi listonosz i  d z w o n i   d w a   r a z y, bo opowiedziałem mu ten film. Podpisuję odcinek i żegnam go pozostawiając oszałamiający napiwek w wysokości zł 8.
Musicie wiedzieć, że doręczyciel ów roznosi, pod koniec każdego miesiąca, renty i emerytury do ogromnej rzeszy ludzi takich jak ja, cieszących się z dostatniej starości. I choć nie wiem ilu jest ich dokładnie, bo listonosz jak spowiednik obowiązany jest do dochowania tajemnicy doręczenia(?), to jednak wyznał mi, że tylko ja jeden opowiadam mu filmy amerykańskie i obsypuje prawdziwym gradem pieniędzy. Dlatego właśnie przychodzi do mnie chętnie i nawet strajk doręczycieli, który niedawno spowodował, że emerytom i rencistom żoliborskim zajrzało w przerażone oczy widmo śmierci głodowej, nie powstrzymał go przed złamaniem dyscypliny strajkowej i dostarczenia mi renty. Oczywiście, listonosz zrobił to chyłkiem i w przebraniu. Chodzą słuchy, że niedługo mam zostać zrewaloryzowany, po prostu nie mogę doczekać się tej chwili i chyba naprawdę nie będę wiedział co począć z pieniędzmi, gdy wzbogacę się o 22 zł - miesiąc w miesiąc punktualnie i do ręki.
Wracając do tematu, nie będę ukrywał, że w mojej decyzji poddania się zaproponowanemu przez Dona zabiegowi, pewną rolę odgrywa chęć wydawania renty na co innego niż zazwyczaj. Uważni czytelnicy tego (kurwa) blogu wiedzą już to i owo o życiu seksualnym autora, które, co tu kryć, staje się coraz droższe, a przecież tak jak wszyscy chciałbym zacząć oszczędzać i odkładać pieniądze na tzw. czarną godzinę, która przecież czai się już na mnie around the corner i naprawdę czułbym się bezpieczniej, gdybym na wysoko oprocentowanym rachunku bankowym  miał przynajmniej 200 zł, a więc kwotę pozwalającą, zdaniem ZUSu, śmiało patrzeć w oczy każdemu niebezpieczeństwu, jakie zagraża ludziom w moim wieku. Skoro jednak mam rozstać się z atrybutami męskości, chciałbym przynajmniej uczynić to w sposób, który pozwoliłby połączyć przyjemne z pożytecznym. Zwracam się z uprzejmą prośbą do Czytelniczek tego blogu, czy któraś z Was nie zgodziłaby się tego zrobić? Za honorarium wynoszące 100 zł za godzinę + 50 zł za dojazd dla kierowcy.

Czekam niecierpliwie,
Antychryst 

w szponach układu

Kochane Owady,

Sorki, ale o Cohenie nie będzie, dziś przynajmniej, prawie, że ani jednego słowa. Może tylko tyle: Leonard Cohen był w Polsce. Mam relację z koncertu wrocławskiego, była to bardzo pozytywna recenzja. Niestety, tego samego dnia w Teatrze Wielkim w Warszawie miała miejsce zajebista feta z okazji 25. rocznicy przyznania Lechowi Wałęsie Pokojowej Nagrody Nobla i przypadających tego samego dnia jego 65. urodzin. Musiałem i chciałem być na tej uroczystości, podobnie jak miesiąc wcześniej w Olsztynie na uroczystości odznaczenia Lecha Wałęsy honorową odznaką za zasługi dla województwa warmińsko-mazurskiego. Obie te uroczystości były wyrazem poparcia dla Lecha i chyba skutecznie przezwyciężyły totalny, nienawistny i głupi atak przeprowadzony przez koła zbliżone do naszych żałosnych Blues Brothers czyli braci K. Sądzę, że inicjatorom tej pożałowania godnej akcji udało się osiągnąć efekt odwrotny od zamierzonego. wale.jpgLech Wałęsa ma się lepiej niż dobrze, jego wizerunek błyszczy jak świeżo pociągnięty werniksem, a jego adwersarze okryli się hańbą i śmiesznością. W Teatrze Wielkim byli po prostu wszyscy. Samych byłych premierów naliczyłem z sześciu i z każdym uciąłem sobie krótką pogawędkę, nigdy w końcu nie wiadomo do czego taki były premier może się przydać. Od senatorów i posłów aż się roiło. Najdłużej gawędziłem z bardzo piękną Małgorzatą Kidawą-Błońską. Od lat mam do niej słabość, bo nie dość, że śliczna, to jeszcze inteligentna, a to się rzadko zdarza. Niestety, na bankiecie był także jej mąż, reżyser filmowy, do którego też mam słabość, ale zupełnie inną. Z hierarchów kościelnych rozmawiałem dłużej właściwie tylko z Arcybiskupem Gocłowskim. Lubię od czasu do czasu zamienić podartą czarną skórę rockmana na porządny smoking i pogadać sobie z kimś, zwracając się do niego nie per: słuchaj ziomal, ale ekscelencjo. Z prezydentów, poza Jubilatem, mignął mi przez moment tylko Aleksander Kwaśniewski, ale był tak oblegany przez gości, że nawet nie próbowałem się do niego docisnąć. Zauważyłem jednak, że albo zeszczuplał, albo mniej pije. W każdym razie wyglądał o wiele lepiej niż wtedy, gdy atakował biednego Józefa Oleksego, który też zeszczuplał, a pije zawsze dokładnie tyle, ile trzeba, żeby osiągnąć właściwe mu gawędziarskie natchnienie. Dziwicie się pewnie, drogie wy moje jętki jednodniówki, że ta oficjalna i w sumie dość sztywna impra sprawiła mi aż tyle przyjemności. Oczywiście, wolałbym wypić pół litra z jakimiś fajnymi laskami zza ściany wschodniej i obejrzeć sobie to wszystko w Polsacie, ale czasami trzeba. Sytuacja jest taka, że trzeba znowu wyraźnie opowiedzieć się po której jesteś stronie. Lecha Wałęsę znam od prawie trzydziestu lat. To szmat czasu i nie zawsze akceptowałem to co mówił i czynił, zwłaszcza jako prezydent. Nie miałem jednak nigdy wątpliwości, że to jest Ktoś i nawet gdy go przeklinałem, robiłem to z szacunkiem. Inteligencja nie jest wcale wypadkową wykształcenia. Wręcz przeciwnie, na ogół ilość tytułów naukowych, tych prawdziwych – nie honorowych, jest wprost proporcjonalna do wzrostu Współczynnika Skretynienia. Nie ma tutaj miejsca na opowieść o Lechu Wałęsie, kiedyś ją pewnie napiszę. W Olsztynie Lechu powiedział, że Ci, którzy jeszcze pamiętają, powinni się zebrać i napisać prawdziwą historię Polski i Solidarności, od Sierpnia 1980 do chwili obecnej. To bardzo dobry pomysł. Podczas rautu w Operze rozmawiałem przez jakiś czas z Andrzejem Wajdą o jego pomyśle nakręcenie jeszcze jednego, po Człowieku z Marmuru i Człowieku z Żelaza, filmie o Człowieku Wolności. Zaproponowałem swoją pomoc przy pracy nad scenariuszem. Mam cholernie dobrą pamięć, niczego co się zdarzyło nie zapominam, no chyba, żeby mi się film urwał, ale coś takiego zdarzyło mi się nie więcej niż trzy razy w życiu i to w dzieciństwie. Jeżeli Andrzej zechce skorzystać z mojego dość rozmiękczonego, ale pomimo to twardego dysku, będę zaszczycony. Ktoś powie, acha, Zembaty był tam żeby sobie coś załatwić. Tak jest, jasne, że próbowałem, bo w przeciwieństwie do Blues Brothers jestem częścią układu, przed którym słusznie przestrzegał nieszczęsny Jareczek, który nie miał nigdy, nie ma i nie będzie miał szansy, żeby choćby się do niego zbliżyć. Ja mam i jestem z tego dumny.

M.

Cohen w Polsce

"Cohen przyjechał tutaj na zaproszenie Paagartu i władze chciały go sobie zawłaszczyć. Na to my nie pozwoliliśmy. Najpierw zorganizowaliśmy dla niego bal opozycji i spotkanie z ambasdorem Kanady. A potem przed odlotem, opowiedziałem mu o strajku głodowym, który trwał w obronie studenta Gałuszki. Został on aresztowany za odmowę odbycia służby wojskowej. Jako pacyfista domagał się umożliwienia odbycia służby zastępczej, bez munduru i broni. Na naszą prośbę Cohen zgodził się poprzeć Gałuszkę i wysłał z samolotu depeszę do Generała Jaruzelskiego. Było w niej zdanie "Oby Bóg zmiękczył serce Faraona""

Wrocław

koryguję - IMPART, ale 17 i 18 października