Kochane Stonki Ziemniaczane Wy moje,
Chciałbym zapoznać Was z korespondencją, a właściwie fragmentem ostatniego maila, jaki zostanie wysłany do Europejskiego Centrum Solidarności. Uważni Czytelnicy wiedzą, że od lipca ubiegłego roku przygotowuję CD pt. Wolność – znaczy Freedom. Piosenki o wolności. Najprawdopodobniej CD ukaże się już niebawem na tzw. rynku i będzie to pierwszy fonogram wydany przez firmy Never Mind1 i Never Mind 2, powołane do życia w lecie przeze mnie i mojego przyjaciela Tadzia Klimondę. Praca trwała długo i pochłonęła nas tak, że zapomnieliśmy o bożym świecie, nie mówiąc już o prowadzeniu bloga, za co Was bardzo wszystkich przepraszam, zapomnieliśmy nawet o tym, że mamy wydać wraz z Agencją MTJ Tomka Bujaka, płytę life Najstarszy zawód świata. Na szczęście Tomek nie zapomniał i gdy tylko uporamy się z Wolnością (żeby było szybciej MTJ, będzie chyba musiał nam pomóc w dystrybucji) zabierzemy się za Zawód.
Ave, Bracie Maćku,
choć łączące nas uwarunkowania na pewien czas wymknęły się spod kontroli, jak to zwykle bywa, zgodnie z prawem zachowania energii porządkują się teraz same, a eksplozja emocji, która niewątpliwie miała miejsce przedwczoraj, podczas pouczającej (przynajmniej dla mnie podpisanego) rozmowy – o sile porównywalnej do tej, jaka wyzwoliła się podczas pamiętnego eksperymentu Castle Bravo przeprowadzonego w Atolu Bikini 1 marca 1954 przez amerykańskich imperialistów.
Tego wydarzenia Brat Maciek, nie może, z racji młodego wieku pamiętać, lecz Maciej, który mógłby być jego ojcem, nigdy nie zapomni. Bo jakże mógłby zapomnieć tamten wściekły i zmasowany kontratak sowieckiej propagandy. To uderzenie zaczęło się niemal następnego dnia, a cała armia dziennikarzy, poetów, malarzy i „naukowców” prześcigała się w wypełnianiu rozkazów dowódcy. Był nim, rzecz jasna, Korfeusz Językoznawstwa, wielki (nie wzrostem!) Generalissimus Józef Wisarionowicz Dżugaszwili Soso – syn osetyńskiego szewca, niewyświęconego księdza z Tybilisso – który (ukąszony przez Hegla), gdy tylko zarosła mu tonsura został członkiem nielegalnej komunistycznej organizacji równie niskiego Włodzimierza Uljanowa (pseudonim Lenin) przyjmując partyjne imię STALIN.
A my: górale z Gorców, Podhala, Beskidu Wadowickiego, Żywieckiego i Orawy…
Zaraz? Zdaje się, że brnę w jakąś dygresję. Spokojnie. Postanowiłem zwrócić się do Was mianem mojego ulubionego chrząszcza, który prawdopodobnie dzisiaj już na ziemniaczkach naszych nie żeruje. Pewien gorzelnik z okolic Zamościa, oczywiście nielegalny gorzelnik; i dlatego ten Zamość, wytłumaczył mi, że dziś prawdziwych szkodników już nie ma. Ta ściema z Zamościem służy, jeżeli tego nie zrozumieliście bezpieczeństwu gorzelnika. Tak naprawdę pędzi on, gdzie indziej, ale nie powiem gdzie i nigdy się tego nie dowiecie, skurwysyny.
Mianem tym zwracam się nie do uroczych kartoflanych szkodników, jakie pamiętam z dzieciństwa. Chodzi mi rzecz jasna, o tych, którzy studiują moje blogi z obowiązku. Operacyjnego, służbowego, czy też… z innych ważnych względów: politycznych, religijnych i, sam nie wiem. Mam, oczywiście w dupie wszelkie Abwehry, wywiady i kontrwywiady, z nawet Siostrami 7 z Watykanu włącznie. Odkąd zabrakło fachowców, służby te (z których bez względu na ustrój w ojczyźnie naszej panujący) mogliśmy być słusznie dumni, zdołowały. Z bohaterów tamtych lat wymienię tutaj choćby szpiega, którego imieniem powinniśmy nazwać (niestety już pośmiertnie) pewną ulicę.
Wolałbym naprawdę, żeby polskie ulice nosiły imiona zwycięzców, takich jak pułkownik Kukliński, którego dłużnikami jesteśmy wszyscy (z tymi, którzy nazywają go zdrajcą włącznie), a nie poległych, a więc tych, którzy jakby na to nie patrzeć, przegrali. W pewnym sensie, przegrał nawet ten, który był prawdziwym, niezłomnym herosem, ale nie miał pojęcia, ani o konspiracji, ani o profesjonalnej robocie.
Jak wielu mieszkańców stolicy zmartwiłem się zmianą, całkowicie niepolitycznej nazwy, ulicy Stołecznej na Popiełuszki, choć księdza Jerzego (to właśnie ten heros) znałem, coś tam razem kombinowaliśmy nawet (oczywiście bez sensu), aż wreszcie, ponieważ moi synowie sami tego chcieli, na ich własną prośbę, ubłagałem Jerzego, żeby na pół roku przed swoją męczeńską śmiercią, którą przeczuwał, ochrzcił moich nieźle już wyrośniętych chłopców. Senior miał wtedy bodajże 6 lat, a Junior, jak to Junior, był od niego o prawie 3 lata młodszy. Jerzy zachował się wtedy, po prostu super. Nie żądał żadnych kartek od spowiedzi i zaakceptował, takich rodziców chrzestnych, jakich sobie wykombinowaliśmy.
Choć szczerze mówiąc było trochę inaczej. Tak na prawdę chcieliśmy, żeby zamiast Basi (bardzo fajnej koleżanki mojej żony z telewizji, kiedy jeszcze obie tam pracowały), chrzestną matką została nasza najbliższa, po dziś zresztą, przyjaciółka - Małgosia B.
Małgorzata (nienawidzi, tego zgrubienia) była kiedyś autentyczną gwiazdą filmową, a dziś jest najbardziej chyba zaawansowaną polską buddystką Zen. Ma swoją sanghę, własne zendo i jest prawdziwym sansanimem, posiadaczką tanki, mogąca potwierdzać Oświecenie u swoich uczniów. Należy do nich Senior, któremu na tym chrzcie najbardziej wtedy zależało, bo smarkaczowi wydawało się, że skoro ma już za sobą Krzyżaków, Faraona i Trylogię, to już wie o co chodzi. Junior nie bardzo kumał bazę i o ile pamiętam, w kościele cały czas ziewał. Wystraszył się dopiero, kiedy do kaplicy w podziemiach wbiegł nagle facet, którego zazwyczaj widywał po cywilnemu, w dziwnym stroju i bez uprzedzenia nalał mu wody na głowę.
Niestety, ksiądz Jerzy, choć Małgosię skądinąd uwielbiał i często konspirowaliśmy razem na plebanii u Św. Stanisława, ku naszemu zdumieniu odmówił. Początkowo nie zrozumiałem tego co przecież było oczywiste. Ksiądz Jerzy, jako kapłan wyznający wiarę silną, lecz (jakby to powiedzieć?) białostocką, nie uznawał poglądów ludzi, którzy sprzeniewierzyli się swojej wierze, na korzyść zupełnie innej. Dodam, że Małgosia była kiedyś ewangeliczką. To nie przeszkadzałoby tolerancyjnemu Jerzemu w zaakceptowaniu jej w roli matki chrzestnej. Dla niego ewangelicy byli po prostu zbłąkanymi na krótko (kilkaset lat) owieczkami z tego samego stada.
I nic nie pomogło. Nawet interwencja autentycznego hierarchy, biskupa Bronka Dembowskiego i (ho, ho, ho) jedynego chyba kapłana, za którego byłbym gotów oddać życie. Kardynała Franciszka Macharskiego poznałem w okresie „Karnawału Solidarności” przez Józefa Tischnera, który, znając dobrze stalową wiarę księdza Popiełuszki, odmówił jakiejkolwiek próby interwencji. W przeciwieństwie wiedział bowiem, że na wsi białostockiej wierzy się w Boga bezgranicznie, bez ironii właściwej mieszkańcom Podhala.
Pomimo to uroczystość wypadła zajebiście, a fotoreporterzy, których oczywiście, o ekscesie zawiadomił sam Jerzy, zawsze łasy na PR, zjawili się tłumnie i ochoczo.
Już nie pamiętam, czy to zdjęcie ukazało się wtedy w Sternie czy w Paris Match. W każdym razie pod fantastycznym ujęciem, w którym na jasną główkę trzyletniego Juniora, wznoszącego oczy ku niebu, ksiądz Jerzy Popiełuszko, leje święconą wodę z kryształowego dzbanuszka.
Wtedy, nie było jeszcze tych pieprzonych aparatów cyfrowych. Fotografia nosiła jeszcze znamiona sztuki. Super szybki Nikon z motorkiem uchwycił, dzięki synchronicznie błyskającemu fleszowi, wszystkie
krople wody, w których odbijało się jakby metafizyczne światło.
Zdjęcie jest piękne. Ja je oczywiście zgubiłem, ale gdy niekiedy nachodzi mnie ochota na wspomnienia, udaję się do kościoła Św. Stanisława na Żoliborzu. Jak wiadomo jest tam stała wystawa zdjęć przedstawiających Męczennika w różnych sytuacjach.
To zdjęcie można tam w każdej chwili zobaczyć w formie dużego fotogramu. Niestety, nazwisko autora nie jest podane. Początkowo myślałem, że tak jak większość zdjęć na wystawie, zrobił je Erazm Ciołek. Było oczywiste, że nie podpisałby wtedy, ze względów bezpieczeństwa swojej fotki opublikowanej szeroko w prasie zachodniej. Robił wtedy tych zdjęć tyle, że mógł po prostu zapomnieć.
Po kilku latach, już po Wyzwoleniu, Erazm wydał wspaniały album ze zdjęciami z tamtych lat, w którym jest piękne zdjęcie z chrztu moich dzieci, ale nie to o którym tu opowiadam. Zresztą sami zobaczcie:
Niestety, ja szukam innego, bo po prostu się uparłem, a na upór i głupotę nie ma lekarstwa.
Mam do Was prośbę, drogie Szkodniki, może ktoś z Was wie, gdzie można znaleźć tamto zdjęcie. Nie chodzi zresztą (piszę to zupełnie serio) o sentymentalną podróż w przeszłość, lecz o przygotowywaną przeze mnie, już od ponad roku, autobiografię, którą moje blogi w pewnym sensie, od początku zapowiadają.
Obiecuję, że ta Stonka (albo ten Stonek), która rozwikła tę największą zagadkę ubiegłego stulecia, dostanie ode mnie tę książkę, czy będzie sobie tego życzyć, czy nie.
Tak będzie, o ile oczywiście Erazm się zgodzi, napisałem nawet do niego maila, w tej sprawie, który zamieszczam w tym blogu, ze względów taktycznych, nie pytając adresata o zgodę.
Drogi Erazmie,
Jesteśmy w tej chwili, ja i moja asystentka w trakcie pisania blogu, jego adres (www.maciejzembaty.pl), który pewnie umknął Twojej uwadze i tak się jakoś stało, że jest w nim mowa o chrzcie moich synów dokonanym wiosną 1984, przez Jurka Popiełuszkę. Ty też zrobiłeś wtedy piękne zdjęcie i nawet podarowałeś mi album z dedykacją. Chciałbym bardzo zamieścić je, za Twoją zgodą w moim tekście, a potem w mojej autobiografii, którą przygotowuję dla Andrzeja Rosnera, ale to jeszcze pieśń przyszłości, choć o ile moja karma na to pozwoli ukaże się w przyszłym roku. To będzie najmarniej 1000 stron bogato ilustrowanych i tu moja kolejna gorąca prośba, nie wiem jak dalece jesteś już skomputeryzowany i zdigitalizowany. Interesują mnie wszystkie zdjęcia mojej skromnej osoby, jakie być może uda Ci się znaleźć. Póki co, proszę o zgodę na publikację fotografii w moim blogu. Nie ma on charakteru komercyjnego i mam nadzieję, że tak zostanie.
Pewnie z reguły nikt nie pyta Cię w takich przypadkach, czy się zgadzasz, ale ja po prostu jestem wychowany zupełnie inaczej i już się nie zmienię.
Wracając po tej naprawdę długiej dygresji do zasadniczego tematu, który nie wiadomo dlaczego urwał na słowach:
A my: górale z Gorców, Podhala, Beskidu Wadowickiego, Żywieckiego i Orawy chciałbym stwierdzić, że w odpowiedzi na naprawdę kurewski atak komunistycznej propagandy zaśpiewaliśmy wszyscy tak:
Jedna bomba atomowa
I wrócimy znów do Lwowa
Druga – mała ale silna
I wrócimy znów do Wilna
Ruskie się ze strach trzęsą
Na armatnie pójdą mięso
Stalin w gacie sra ze strach
Wnet go pochowają w piachu
Może zmieni się
Los odmieni się
I zobaczę polski Lwów
NIEDŁUGO
Może zmieni się
Los odmieni się
Znowu ujrzę polski Lwów
Truman, Truman, puść ta bania
Toć jest nie do wytrzymania
Atomowym strasznym młotem
Wytłucz mendy i hołotę
W czwartek, piątek lub sobotę
Ruskich Icków wybij potem
Pochowamy ich pod płotem
Naród Polski da
Przyzwolenie na
Atomowy wielki grób
ZA KATYŃ!
Truman, nie łam się!
Churchill, trzymaj się!
Polski Naród
Z wami znów
Choć zastaniem same zgliszcza
Jednak ziemia to ojczysta
Ukraińskiej armii UPIE
Atomówką rozwal dupę
W dzień deszczowy i ponury
Z cytadeli idą chmury
Szeregami lwowskie dzieci
Idą. Każde z nich się świeci
Atomowe błysną słonka
Będziem świecić się jak stonka
Może zmieni się
Los odmieni się
I zobaczę Polski Lwów
OCZAMI
Truman, nie łam się
Churchill, trzymaj się
Polski Naród
Z wami znów
DO ŚMIERCI
Wolę zginąć niż
Z Sowietami żyć
Polski honor mówi mi.
NIESTETY
To ostanie NIESTETY, to jednocześnie mój komentarz do tej strasznej pieśni, jaką zapamiętałem na całe 54 lata, czyli prawie do śmierci. W tamtym czasie nie lubiłem tego utworu, byłem bowiem 10-letnim komunistą, uczęszczającym do słynnej katowickiej „Szkoły Janczarów” przy Pl. Kościuszki.
cdn
styczeń 25th, 2009
Kategorie: BLOG . Autor: maciek . Komentarze: Brak komentarzy