Stasys powstańczy
Moje drogie Weszki (oczywiście nie łonowe chyba, że któreś z Was by zapragnęło bym zwracał się doń właśnie w ten sposób)
Bardzo zmęczony wróciłem z trasy koncertowej, która wymagała wyczerpującego przerzutu z Bielska Białej na Mazury, a konkretnie do miejscowości Ogródek pomiędzy Piszem a Orzyszem – miastem garnizonowym, słynącym wojskową placówką, która tylko pragnęła, żeby mnie wciągnąć w swe szeregi. Udało mi się uniknąć tej opcji tylko dzięki żółtym papierom wystawionym mi naprędce przez wspaniałą doktor Zofię Kuratowską - późniejszą Panią marszałek w pierwszym tzw. parlamencie. Do dzisiaj w razie potrzeby mogę wyjąć żółte papiery i zrobić właściwie wszystko z mokrą robotą na zlecenie włącznie. To bardzo krzepiąca wiadomość, bo jest na tym świecie parę osób, które zamordowałbym z przyjemnością, gdyby tylko pozwolił mi na to mój kodeks, kurwa, etyczny wykluczający stosowanie przemocy. Kiedy z niejakim trudem, ze względu na Tour de Pologne, blokujący skutecznie dojazd do stolicy, udało nam się prześliznąć bocznymi drogami na Żoliborz, musiałem bardzo szybko udać się na pierwszą i mam nadzieję ostatnią wizytę w miejscu, gdzie normalnie wołami albo nawet bawołami nie dałbym się zaciągnąć. Niestety zobowiązania wobec Anety N. - laski, będącej konserwatorem zabytków przy prezydent Gronkiewicz-Walz sprawiły, że spóźniony zaledwie o kwadrans przybyłem na miejsce, gdzie odbywała się wystawa Stasysa Eidrigeviciusa. Z taką konserwator lepiej żyć dobrze, zwłaszcza jeżeli tak jak ja jest się już zabytkiem, któremu konserwacja by się przydała. Szczególnie wory pod oczami wyglądałyby o wiele lepiej po konserwacji.
Przed muzeum kłębił się tłum osób na próżno usiłujących wejść do środka na podstawie zaproszeń, jakie otrzymały przez Internet i same je sobie wydrukowały. Organizatorzy tego przybytku patriotyzmu i świętej miłości swojej ojczyzny wpuszczali na miejsce tylko tych, którzy mogli wylegitymować się prawdziwymi zaproszeniami wydanymi przez muzeum. Poza tym była jeszcze lista VIP’ów, na której znajdowało się, nie wiedzieć czemu, moje nazwisko. Wewnątrz odbywał się wernisaż, a raczej instalacja stworzona przez jednego z największych współczesnych artystów, uprawiającego multimedialne performance, w których cała przestrzeń jest zorganizowana w sposób odpowiadający dramaturgii instalacji. Goście wędrowali w górę i w dół przez cały ogromny obiekt prawie w ciemnościach, wypełnionych już to muzyką mechaniczną, już to żywą muzą, wykonywaną przez zainstalowanych pod sufitem artystów. Nie czułem się zbyt dobrze, bo tak naprawdę jestem niemal ślepy i powoli zamieniam się w José Feliciano. Nie widzę na jedno oko, a drugim dostrzegam tylko co ładniejsze foczki. Choć Natura obdarzyła mnie także uzdolnieniami plastycznymi, gdybym musiał dziś wybierać, zdecydowanie wolałbym zupełnie oślepnąć niż ogłuchnąć. Jeżeli tak się stanie: proszę bardzo. Będę musiał tylko szybko nauczyć się czytać Braila i nie sądzę, żebym musiał uczyć się zbyt długo. Kiedy po operacji siatkówki przez przeszło 3 miesiące żyłem w absolutnych ciemnościach – byłem zachwycony szybkością z jaką mój organizm kompensował utracony wzrok wzmocnieniem działania zmysłów, jakie miał do dyspozycji. Zmysł dotyku wyprzedzał pozostałe. Powiem tylko tyle, że seks ślepca jest fantastyczny. Ci, którzy widzą ,nie wiedzą, co można osiągnąć, mając 5 palców u rąk, nie wspominając o pozostałych przydatnych organach. Ale znowu, swoim zwyczajem, dokonałem daleko idącej dygresji.
Dygresja ta czemuś jednak służy, bo gdyby nie zmysł dotyku oraz zmysł orientacji w przestrzeni, zginąłbym już po kilku minutach wędrówki w niemal egipskich ciemnościach, z rzadka tylko oświetlanych reflektorami, oślepiającymi tylko do reszty, trochę sprawne moje lewe oko. A jednak, dzięki pomocy konserwator i innych ludzi dobrej woli, udało mi się nie spierdolić na dół i uniknąć zakończenia tego wcielenia w ostatnim miejscu, w jakim tego bym sobie życzył. Co pewien czas, nawet ja dostrzegałem fantastyczne fonogramy lub projekcje wideo zdjęć, przestawiających twarze młodziutkich powstańców warszawskich. Sytuacja była niesamowita, bo w pochodzie kroczącym znaczoną trasą, szli również i Ci, których twarze sprzed 65 lat, mogliśmy oglądać w instalacji. Przede mną szła łączniczka Alina Janowska – osoba, z którą czuję się emocjonalnie i zawodowo związany od 1965 roku. Alina jest do dzisiaj bardzo piękną Panią i choć jestem z nią na Ty, właściwie od początku znajomości, jest jedną z tych nielicznych kobiet, jakie jestem gotów tytułować w ten sposób, gdyż na to zasługują. Wreszcie dotarliśmy do celu. Ci z Was, którzy mieli okazję zwiedzać krakowski Wawel pamiętają oczywiście głowy w tzw. kasetonach, zdobiących sufit jednej z komnat zamku. Pomieszczenie nie powielało jednak tego wawelskiego motywu. Stanowiły one tylko oczywistą inspirację dla artysty, który swoje kasetony umieścił na dwóch przeciwległych ścianach. Nie było w nich jednak głów ludzi żywych, lecz fantastyczne maski pośmiertne tych samych młodych ludzi, których mogliśmy oglądać przedtem żywych, uśmiechniętych, walczących i umierających w walce. Myślę, że każdemu, który znał nazwiska, ten kluczowy element, musiał po prostu odebrać oddech. Prawdziwe piękno musi być porażające, więcej - przerażające. W ten sposób potrafili przerażać tylko najwięksi: Leonardo, Goya, Dali i wreszcie Picasso. Mógłbym także dorzucić kilka polskich nazwisk niektórych batalistów i artystów tj. Wyspiański, Linke czy Tomaszewski.
Potem wszystko toczyło się według mnie odrobinę za szybko. Małymi grupkami wchodziliśmy do ciasnej klatki szybkiej windy, którą zjechaliśmy na dół na wino i przekąski. Zawsze zdumiewała mnie tendencja, z jaką ludzie odreagowują głębokie emocje, pijąc i wpierdalając ponad miarę. I tutaj ja też niestety nie byłem wyjątkiem. Wpierdalałem i piłem ile wlezie, a powstańcze kanapki z kawiorem, szaszłyki, owoce i rewelacyjne słodycze smakowały mi tak bardzo, że tylko z najwyższym trudem pozwoliłem konserwator, by oderwała mnie od michy, bym mógł podejść do artysty i szczerze pogratulować mu czegoś, czego w muzeum patriotyzmu nie spodziewałem się absolutnie przeżyć. Tak naprawdę żałowałem tylko jednego, że instalacja nie została umieszczona w innym obiekcie np. w jakiejś hali fabrycznej lub po prostu w plenerze. Muzeum Powstania Warszawskiego jest miejscem artystycznie co najmniej wątpliwym. Są bowiem 2 rodzaje kiczu – ten cudowny, zachwycający dezynwolturą, łamiącą wszelkie zasady i reguły - oraz kicz głupi próbujący złamać to, co w prawdziwym kiczu jest najpiękniejsze. Doprawdy ten estetyczny horror na temat powstania mogli stworzyć tylko ludzie, którym stado słoni zdeptało nie tylko oczy, a także uszy i przede wszystkim mózgi. Ciekawe, czy Ci, pożal się boże, muzealnicy mają świadomość tego, co zrobili by ośmieszyć i zbrukać etos, który chcieli, chyba, upamiętnić. Wcinając kawior ujrzałem kątem oka dyrektora, którego trudno było nie zauważyć i nie usłyszeć, bo półtora metra ode mnie leżała na podłodze skrzynia, w której znajdował się powstańczy autentyczny Piat, czyli granatnik miotający pociski rakietowe, dość łatwo rozprawiające się z pancerzami niemieckich czołgów. W Wielkim Formacie przeczytałem wywiad z dyrektorem, w którym, nie zważając na wątpliwości dziennikarza, przeprowadzającego z nim tę rozmowę, szczycił się tym, że nawet małe dziecko może wziąć do ręki każdy egzemplarz broni sprzed 65 lat i nawet sobie z niej postrzelać oczywiście do wroga. Ukłoniłem się dyrektorowi, a on odkłonił mi się po czym kontynuował wyjaśnianie dalej jakiemuś obcokrajowcowi, w jaki sposób należy posługiwać się Piatem. Z ogromną wprawą, graniczącą z mistrzostwem, dyrektor położył sobie wyrzutnię załadowaną pociskiem przeciwpancernym na ramię i wymierzył w grupę gości, zapewne reprezentującą inną opcję polityczną. Niestety cudzoziemiec szybko przerwał dyrektorowi odpalenie wyrzutni:
-„Thank you sir” – powiedział stanowczo.
-„Welcome”- odpowiedział poprawnie dyrektor i odłożył Piata do skrzyni. Nie ukrywam, że przez chwilę pomyślałem i to zupełnie serio, by korzystając z okazji, wynieść z muzeum Piata, a także kilka błyskawic w celu wszczęcia kolejnego Powstania Warszawskiego dla uczczenia jego jakże okrągłej rocznicy. Że jednak konserwator nie chciała mi w tym pomóc, musiałem z żalem zrezygnować, choć wiedziałem dokąd udałbym się z Piatem i w co odpaliłbym rakietę. Pisząc tego bloga, żywię nie skłamaną nadzieję, że jego - co bardziej krewcy czytelnicy, wcielą mój pomysł w życie. Rozumiem artystę, który będąc po części Polakiem, a po części Litwinem, umieścił swoją instalację w miejscu, próbującym nieudolnie uczcić pamięć tych, którzy polegli w najbardziej bezsensownym wydarzeniu II Wojny Światowej. Ale - powtarzam wolałbym, by ta instalacja nie dotyczyła jednego powstania, ale wszelkich buntów i insurekcji, jakie zdarzyły się w krwawej historii ludzkości, by wspomnieć tylko powstanie berlińskie, Budapeszt, Grozny czy Teheran. Mam nadzieję, że wcześniej czy później, mieszkańcy i obywatele tych bohaterskich miast będą mogli przeżyć to, co wczoraj dzięki Stasysowi Eidrigeviciusowi stało się i moim udziałem. Dziękuję
Podchorąży Maciej Zembaty
Brak komentarzy
Brak jeszcze komentarzy.
Zostaw komentarz
