Johnson, Putin & Co

Kochane Ścierwojadki,
 
Zacząłem w ten sposób bo temat jest dość smutny. W ostatnich dniach umarły różne istoty ludzkie i nieludzkie drogie mojemu 64-letniemu sercu. Gdybym chciał je wszystkie wymienić, lista byłaby tak długa, że naprawdę obywatelce śmierć należałyby się serdeczne gratulacje. Kilka istot muszę jednak wymienić. Po pierwsze „Sosna” albo „Kiwi” albo po prostu dyrektor Sosnowski z Ministerstwa Kultury i Dziadostwa Narodowego, przyjaciel artystów. Człowiek charakteryzujący się tym, że nie miał ani jednego wroga. Nie zdarzyło się, żeby ktoś mówił o nim źle. Nie znaczy to, że nie było ludzi, którzy nie byli jego przyjaciółmi. Potrafili to jednak ukrywać, bo gdyby ujawnili się niebacznie ze swymi czarnymi uczuciami, mieliby przechlapane i to nie tylko w Polsce ale na całym świecie. Spędziłem z Jankiem wiele, mniej lub bardziej, szalonych nocy. Był nawet pewien czas, gdy u mnie pomieszkiwał i wtedy pokazałem mu, że bez wódki też można się bawić. Zaimponował mi wtedy swoją gotowością i otwartością na nieznane. Większość ludzi boi się śmiertelnie tego co znają tylko z opowieści dziwnej treści, dlatego a posteriori potępiają w czambuł tą całą wspaniałą sferę życia dla siebie niedostępną. Przegadaliśmy wiele godzin i był mi wtedy bliski jak brat , którego nie mam. Potem tak się jakoś zrobiło, że utraciłem z nim kontakt na wiele lat i dopiero na dwa dni przed jego podróżą na tamtą stronę, rozmawiałem z nim przez telefon i umówiliśmy się na spotkanie po tej stronie. Nie ma to najmniejszego znaczenia. Wiem, że tak czy siak spotkamy się na pewno.
Ela Dębska miała we Wrocławiu rottweilera o obscenicznym, dla znających langwydż ludzi, imieniu Johnson. Rottwieler nie zdawał sobie z tego sprawy. Nieświadom, że wszyscy wołają na niego po prostu „kutas”. Etymologia jest tak oczywista. Był taki prezydent „Johnson”, który istotnie był kutasem jakich mało. Prezydent Bush Jr. jest w porównaniu z nim zaledwie skurczonym penisem. Johnson – pies- bał się panicznie mojego głosu, który istotnie robi wrażenie raczej na samicach niż samcach. Dlatego ledwie się, będąc we Wrocławiu, odzywałem warczał i gotów był zrobić wszystko broniąc swoich bpp.jpgbliskich przede mną. Ja nie bałem się go w ogóle, gdyż będąc zodiakalną „małpą” boję się tylko koni. Johnson, borykający się na stare lata z bólami w przeciążonych stawach i kręgosłupie, odszedł do krainy Wiecznych Łowów, a we Wrocławiu zastąpił go wspaniały szczeniak dorównujący wagą dorosłemu rottweilerowi. To jest taka rasa – berneński pies pasterski. Nie będę nawet próbował go opisać.  Szczeniak, ze względu na niebezpieczeństwo złapania nosówki i innych chorób wieku szczenięcego, musi wciąż przebywać w domu, który nie jest duży. Ela i pozostali domownicy długo zastanawiali się nad wyborem odpowiedniego imienia. W końcu stanęło na Barack’u ale my (T.Klimonda i ja) tak długo nazywaliśmy w rozmowach olbrzymiego szczeniaka Putinem, że w końcu oczywiście nasza propozycja przeważyła. Sądzę, że obecny premier W. Putin nie powinien wytoczyć nikomu procesu o zniesławienie, gdyż z tego co słyszymy, jego imiennik jest tak sympatyczny, że premierowi Rosji PR’u na tym nie ubędzie , a wręcz przeciwnie. A prezydent Barack Obama będzie musiał obejść się smakiem, co oczywiście uczyni z charakterystycznym dla siebie wdziękiem.
Hasz2.jpgSkoro jesteśmy już przy psach, które ostatnio odeszły. Skupię się w tej chwili na osobie mojego wielkiego przyjaciela, domowniku Joanny i Moniki Małachowskich z Trójmiasta, doga bordoskiego imieniem Haszysz. Imię to zostało potężnemu pieskowi nadane przez niżej podpisanego po to, by wyprowadzający go czasem na spacer – Waldek Banasik – mógł, gdy dog urwał się z uwięzi, wołać Haszysz, Haszysz, Haszysz..  budząc zainteresowanie mieszkańców Wrzeszcza, a także miejscowej policji. Haszysz odszedł po krótkich ale ciężkich cierpieniach. W tym miejscu chciałbym bardzo podziękować Małachowskim i Waldkowi, za to że ukrywali to przede mną, wiedząc jak bardzo przeszkodziłoby mi to w pracy nad płytą „Wolność – znaczy Freedom”. Joanna i Monika mają już przywiezionego z innego miasta szczeniaka tej samej rasy. Ojcem chrzestnym szczeniaka, którego jeszcze nie  nepal_blog.JPGwidziałem, jestem znowu ja. Tym razem zdecydowałem  na bardziej neutralne (dla amatorów) imię Nepal. Ci, którzy jak ja spędzili w tym królestwie trochę czasu wiedzą, że nie ma nic lepszego od produktu sprzedawanego tam po bardzo umiarkowanych cenach turystom. Jeśli nie wierzycie wsiądźcie do samolotu Warszawa – Delhi. Stamtąd przenieście się AIR India do Patny, gdzie z pewnością znajdziecie miejsce w lokalnych liniach lotniczych do Katmandu. Są to niewielkie linie , gdzie urocze stewardesy podają pasażerom nieograniczone ilości zmrożonego piwa w puszkach. Krótki spektakularny lot nam masywem Mont Everestu kończy się na lotnisku, położonym zaledwie o 10 minut jazdy tanią taryfą do np. Serinity Inn – taniego hoteliku o 5 minut piechotą do Dulbar Squer czy do słynnej Pig Avenue, gdzie naprawdę można za psi grosz (nie obrażając bohaterów tego blogu) kupić wszystko i jeszcze zostanie.
Mówiąc o ludziach, chciałbym przynajmniej wymienić Franka „Byka” Starowieyskiego i Maćka Małeckiego. Może jeszcze napiszę o nich coś więcej, póki co muszę jednak ze względów na coraz większą objętość tego blogu,  skupić się na osobie prof. Wieczorkowskiego, którego pogrzeb odbędzie się jutro na Wojskowych Powązkach. Prof. Wieczorkowski był wybitnym językoznawcą, a jedynym studentem polonistyki, który nie uczęszczał na jego wybitne wykłady, byłem oczywiście ja. Pobiłem wszelkie rekordy absencji. Nie byłem na ani jednym wykładzie. Mój indeks podrzucali do podpisu moi koledzy i koleżanki zależnie od płci i preferencji profesora. Zawsze się udawało, aż w końcu trafiła kosa na kamień, którym okazał się prof. Wieczorkowski. Nie dość, że nie podpisał to jeszcze zarekwirował indeks i ku mojemu przerażeniu kilka dni później zostałem wezwany do jego gabinetu. Na uginających się nogach, z czołem zroszonym zimnym potem wszedłem do środka .Prof. wskazał mi krzesło i bez słowa wyciągnął w moim kierunku paczkę Carmenów. Dziś byłoby to nie do pomyślenia . Następnie przyjrzał mi się badawczo i zapytał czy w ogóle orientuję się o jaki przedmiot chodzi. Wyobraźcie sobie, że wiedziałem. Nie był to mój ulubiony przedmiot, lecz przerażająca gramatyka historyczna i jeszcze bardziej traumatyczny starocerkiewno-słowiański. Two in one . Moje wiadomości były bardziej niż skromne. Wiedziałem tylko, że pierwszym zarejestrowanym tekstem polskim, jest zdanie wypowiedziane przed wiekami przez jakiegoś pantoflarza do swojej żony: „Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj” czyli „pozwól ja będę meł a ty sobie  odpocznij”. Poszedłem na całość i popisałem się przed profesorem znajomością tego tekstu. Naukowiec zaśmiał się ironicznie i rzekł :
-Pan jest jakimś muzykiem, prawda?
Potwierdziłem.
-Wie pan ja pracuję nad książką , która ma być kompendium gwar i dialektów polskich.
Zaciągnął się i kontynuował.
-Czy pan wie co to są Klezmerzy?
Wiedziałem. Choć prawdziwych Klezmerów Żydowskich wtedy w Polsce  już nie było. Klezmerami nazywało się wszystkich muzyków, przeważnie podrzędniejszych.
-No właśnie- powiedział prof. Wieczorkiewicz.
-Ja nie mam odpowiednich znajomości. Jeżeli opracuje pan dla mnie słowniczek zawierający nazwy instrumentów oraz wyrażeń używanych przez tych ludzi to dam panu szansę.
Oczywiście się zgodziłem i ustaliliśmy termin. Wtedy pan Profesor złożył swój podpis w indeksie i powiedział:
- Jeżeli dobrze wywiążę się pan z tego zadania o egzamin może się pan nie obawiać.
Wywiązałem się z pomocą Namysłowskiego, Trzaskowskiego i innych przyjaciół muzyków. Zapisałem kilkadziesiąt stron. Mam dyplom magistra. Studia wyższe ukończyłem z oceną bardzo dobrą. I właściwie jestem z tego bardzo dumny. Byle kretyn umie zaryć i zdać, ale zdać nie mając pojęcia o przedmiocie mogą tylko ludzie inteligentni. I oczywiście tylko takie oceny mają jakąkolwiek wartość. Niechętni mi czytelnicy tego blogu powiedzą znowu,że się chwalę. I mają rację. Powodów do dumy mam jednak tak mało, że jak jakiś się znajdzie to nie mogę się powstrzymać. To tyle.
W następnym blogu będą kolejne limeryki. Nie chcę jednak zamieszczać ich dzisiaj, by nie psuć wymowy tego tekstu niewczesnymi żartami. Recuicestat in pace.

Brak komentarzy

Brak jeszcze komentarzy.

Zostaw komentarz