kobiety artystów
Przepraszam Was bardzo moje drogie nietoperze,
milczałem z wielu względów tj. choroba, promocja płyty „Wolność – znaczy Freedom”, która coraz bardziej się rozkręca i last but not least - sprawy osobiste. Mój starszy syn popełnił bowiem ostateczny błąd, zawierając związek małżeński i to w dodatku międzynarodowy. Ponieważ nie lubi on upubliczniania spraw prywatnych nic więcej na ten temat nie napiszę dopóki młodzi nie powrócą z podróży poślubnej w okolice Wyszkowa. Jedno mogę przecież napisać. Otóż obaj moi synowie trzymają po dziś dzień bliski kontakt i naprawdę serdeczny z grupą przyjaciół, jaka ukonstytuowała się przed laty wokół nich w szkole podstawowej przy ul. Samarytanki na Zaciszu, gdzie kiedyś mieszkała moja rodzina - jeszcze w komplecie. Byłem naprawdę wzruszony, siedząc przy suto zastawionym stole z grupą ludzi, których jakoś tam pamiętałem jako 8 czy 10-cio letnich chłopców i dziewczynki w tym samym wieku. Oczywiście nie poznałbym tych ludzi na ulicy, bo trochę się zmienili. W przypadku dziewczyn na lepsze. Chłopcy wyłysieli, schudli lub utyli, a niektórzy nawet zrezygnowali z uczestnictwa w omawianym kręgu towarzyskim, szarpiąc się na linę, czyli popełniając samobójstwo. Chyba już kiedyś pisałem, iż pochwalam ten rodzaj odchodzenia. Wszakże wyłącznie wtedy, gdy wiemy już na pewno, że kostucha zapuka do naszych drzwi np. za 3 miesiące. Jeżeli kiedyś dowiem się z ust onkologa, że raczek nieboraczek już zagnieździł się już w moim starczym ciele, zapytam ordynatora ile czasu mi jeszcze zostało, ale nie do śmierci, lecz do momentu, gdy będę już musiał walczyć z bólem poprzez przyjmowanie otępiających środków na bazie opium. Wtedy wyjmę ze skrytki specyfik, który już od lat przechowuję na tę okazję i zacznę bawić się jak najlepiej już beż żadnych ograniczeń, starając się wydać wszystkie pieniądze i sprzedając wszystko co znajduje się w moim posiadaniu, a będzie przedstawiać jakąkolwiek wartość. I zaciągając jak największą ilość kredytów, których nikt już nie spłaci. Myślę, ze w morzu strat, jakie ponosi nasza rodząca się bankowość, strata jaką postaram się zapewnić przemknie właściwie niezauważona. Powiecie, że wśród czytelników tego blogu, mogą znajdować się jacyś bankowcy. Pewnie, na to właśnie liczę. Liczę także, może nazbyt optymistycznie, na inteligencję tych czytelników, bo przecież poprzez negatywny PR można osiągnąć znacznie więcej niż przez pozytywny. Myślę, że np. Bank Gospodarstwa Krewetkowego (w tej chwili go sobie wymyśliłem) będzie mógł zwiększyć swoje zasoby, skarżąc się publicznie na to, że musiał sfinansować ostatnie tygodnie życia i użycia znanego artysty. Zobaczymy.
Wracając do wesela, jakie odbyło się w jednym z warszawskich parków w przytulnej i kameralnej oberży. Bez większych problemów udało mi się nawiązać z kolegami i koleżankami moich synów, dość bliski kontakt i zasypać tzw. przepaść pokoleniową. Okazało się, że słuchamy tej samej muzy, lubimy te same filmy i nie znosimy polskiej sceny politycznej, która nas mierzi i nudzi. Wypiliśmy trochę i muszę się pochwalić, że udało mi się doprowadzić ok. 20 osób do stanu już nie upojenia, ale wręcz kompletnego zatracenia alkoholowego. Mój wadowicki łeb, wciąż jeszcze bez większych trudności potrafi bez zakąski przyjmować pół litra na godzinę. I nawet po 2000cl nie bełkoczę, nie chwieję się na nogach i mogę prowadzić samochód, gdyby ktoś powierzył mi kluczyki. Było także co zajarać. Jednak paliliśmy niezabronione prawem specyfiki, lecz wciąż jeszcze nie znajdującą się na liście szałwię amerykańską, zapewniając sobie całkiem przyjemne halucynacje.
Śmieszą mnie niektórzy moraliści z prawej strony politycznej, walczący -niczym św. Jerzy ze smokiem - z poczciwymi konopiami, jednocześnie pochłaniający w sejmowych restauracjach i barach hektolitry alkoholu, który jest przecież narkotykiem o wiele bardziej niebezpiecznym i uzależniającym. Nie ukrywam mojego pesymizmu w sprawie zmiany obowiązującego prawa, które karze wsadzać do więzienia za jednego blanta czy pigułkę extasy. Ustawa nie zostanie poprawiona i będziemy dalej średniowiecznym skansenem w coraz bardziej nowoczesnej Europie. Na szczęście można absolutnie legalnie zapewnić sobie niezłą jazdę przy pomocy skórek od bananów, gałki muszkatołowej czy wreszcie cukru. Wystarczy nasypać na żarzący się czubek papierosa kilka kryształków i gdy zaczną się topić wciągnąć nosem dymek, który jako żywo przypomina doznanie towarzyszące paleniu kraka, choć trwa ono krócej i jest nieco słabsze. Mam nadzieję, że słowa te czytają wrogowie odmiennych stanów świadomości, czyli świadomości w ogóle i niedługo do laski sejmowej zostanie wniesiony projekt zakazu zażywania cukru w ogóle.
Jednym z chłopców obecnych na weselu był niejaki P. , który w wolnych chwilach, gdy nie musi zajmować się swoim sklepem internetowym, pisze epigramaty, które rozbawiły mnie do łez. Jeden z nich wykorzystałem już na estradzie podczas koncertu, promującego płytę „WzF”, który odbył się na zamku w Ostródzie. W pewnym momencie rozdarłem białą, frakową koszulkę, opinającą moją rozedmę i podając nazwisko autora - powiedziałem:
„Włosy na klatce
Mam po matce”.
Zapadła cisza, którą po chwili przerwał sam wiceprezydent miasta - Olgierd, wybuchając śmiechem podchwyconym natychmiast przez mieszkańców miasta. Myślę, że w następnym blogu za zgodą autora ujawnię jego tożsamość.
O ile mnie pamięć nie myli, rozmawiałem z Wami po raz ostatni po pogrzebie Zbigniewa Zapasiewicza. Dziś rozmawiam z Wami przed pogrzebem Zofii Komedowej -
wdowie po kompozytorze Krzysztofie Komedzie. Wspaniałym muzyku, który - jako jedyny do tej pory napisał kilka utworów, jakie już na zawsze weszły do kanonu evergreenów pop music. Kołysanka z „Dziecka Rosemary” czy ballada z „Noża w wodzie” i motywy z „Matni” i „Wstrętu” są znane każdemu, kto kiedykolwiek próbował grać czy śpiewać. Cenię wysoko takich kompozytorów jak Preisner, Lorenc czy Kilar. Żadnemu z nich nie udało się jednak, przynajmniej do tej pory, skomponować takich utworów jak Krzysztof. Wspiął się na szczyty swoich możliwości artystycznych dzięki kobiecie – Zosi, która potrafiła być prawdziwą towarzyszką życia artysty. Nie było to łatwe, ale nie będę opowiadał w tym miejscu żadnych anegdot, ani snuł własnych wspomnień. Nie ma Krzysztofa i nie ma już Zosi. Została muzyka, która będzie trwała zapewne równie długo co dzieła Mozarta czy Charlie Parkera. Wielka szkoda, że w nagłówkach fortepianówek, które za haniebnie wysoką cenę można kupić w naszych sklepach muzycznych, obok nazwisk kompozytorów i autorów tekstów, nie podaje się przynajmniej imion ich matek, żon czy kochanek. Tak było by uczciwie.
Sądzę więcej, że ZAiKS powinien honorować te kobiety częścią tantiem autorskich.
Żegnaj Zosiu.

Jego siostra udzielała mi korepetycji domowych z matmy - przedmiotu, który szczerze nienawidziłem. Była także jedną z nauczycielek w Jedynce - słynnej żoliborskiej, czerwonej Jedynce, tej samej w której wkrótce narodzili się Walterowcy, a więc KOR, czyli wszystko co najlepsze lub najgorsze - niepotrzebne skreślić. Podkreślam fakt, że Pani Zapasiewicz nie była moją nauczycielką, kiedyś było po prostu nie do pomyślenia, żeby nauczycielka douczała swoich uczniów za kapuchę. Dziś, jak słyszę, jest to na porządku dziennym 
bliskich przede mną. Ja nie bałem się go w ogóle, gdyż będąc zodiakalną „małpą” boję się tylko koni. Johnson, borykający się na stare lata z bólami w przeciążonych stawach i kręgosłupie, odszedł do krainy Wiecznych Łowów, a we Wrocławiu zastąpił go wspaniały szczeniak dorównujący wagą dorosłemu rottweilerowi. To jest taka rasa – berneński pies pasterski. Nie będę nawet próbował go opisać. Szczeniak, ze względu na niebezpieczeństwo złapania nosówki i innych chorób wieku szczenięcego, musi wciąż przebywać w domu, który nie jest duży. Ela i pozostali domownicy długo zastanawiali się nad wyborem odpowiedniego imienia. W końcu stanęło na Barack’u ale my (T.Klimonda i ja) tak długo nazywaliśmy w rozmowach olbrzymiego szczeniaka Putinem, że w końcu oczywiście nasza propozycja przeważyła. Sądzę, że obecny premier W. Putin nie powinien wytoczyć nikomu procesu o zniesławienie, gdyż z tego co słyszymy, jego imiennik jest tak sympatyczny, że premierowi Rosji PR’u na tym nie ubędzie , a wręcz przeciwnie. A prezydent Barack Obama będzie musiał obejść się smakiem, co oczywiście uczyni z charakterystycznym dla siebie wdziękiem.
Skoro jesteśmy już przy psach, które ostatnio odeszły. Skupię się w tej chwili na osobie mojego wielkiego przyjaciela, domowniku Joanny i Moniki Małachowskich z Trójmiasta, doga bordoskiego imieniem Haszysz. Imię to zostało potężnemu pieskowi nadane przez niżej podpisanego po to, by wyprowadzający go czasem na spacer – Waldek Banasik – mógł, gdy dog urwał się z uwięzi, wołać Haszysz, Haszysz, Haszysz.. budząc zainteresowanie mieszkańców Wrzeszcza, a także miejscowej policji. Haszysz odszedł po krótkich ale ciężkich cierpieniach. W tym miejscu chciałbym bardzo podziękować Małachowskim i Waldkowi, za to że ukrywali to przede mną, wiedząc jak bardzo przeszkodziłoby mi to w pracy nad płytą „Wolność – znaczy Freedom”. Joanna i Monika mają już przywiezionego z innego miasta szczeniaka tej samej rasy. Ojcem chrzestnym szczeniaka, którego jeszcze nie
Monetarysta miał rację. Na spokojnych wodach dobrobytu pojawił się groźny wir. Wciąga wszystkich - bankierów, biznesmenów, hierarchów, polityków i nawet przestępców. Handel narkotykami i żywym towarem idzie coraz słabiej. Podobno dealerzy i alfonsi zamierzają zwrócić się do rządu o dofinansowanie. Popieram. Skoro można dofinansowywać jakieś niepotrzebne nikomu banki - warto byłoby sypnąć trochę grosza tym, bez których trudno sobie wyobrazić naszą szarą egzystencję.
przekraczając granice prawa. Oczywiście pieniądze nie leżą na ulicy. Z wyjątkiem monet latają wokół nas targane wiatrem. Żeby złapać jakiś banknot o wysokim nominale, trzeba go capnąć, wykazując się refleksem. Powodzenia.